Wybór brytyjskich recenzji 4.48 PSYCHOSIS

Fiona Mountford, EVENING STANDARD 

Nie wystarczy mi miejsca, żeby dostatecznie wychwalić spektakl TR Warszawa pt. „4.48 Psychosis”. 

Reżyser Grzegorz Jarzyna tworzy z bezkształtnej prozy poetyckiej Kane obraz bólu, a to nie tylko za pomocą tragicznej historii autorki, ale również dzięki przerażająco wyrazistej grze Magdaleny Cieleckiej.To zniewalający, organiczny i dziwnie oczyszczający spektakl.

Lyn Gardner, GUARDIAN

(...) niepokojący obraz o ogromnej sile dramatycznej (...)

Spektakl zapewnia wieczór pełen mocnych wrażeń, tak mocnych, że prawie nie do zniesienia, dodatkowo potęgowanych przez upiorną, szpitalną scenografię Małgorzaty Szczęśniak, przez industrialne efekty dźwiękowe przyprawiające o szybsze bicie serca i przez głos zawodzący „When I Fall In Love”, co stanowi ironiczny kontrapunkt do nieustannego błagania głównej bohaterki o miłość. Równie nadzwyczajne jest oświetlenie według projektu Felice Ross, ze tunelami i plamami światła, które potęgują koszmar tej złowieszczej wersji „Alicji w Krainie Czarów”. Lecz to wszystko byłoby zaledwie powierzchowną dekoracją, gdyby nie przenikliwa poetyckość, ból i humor tekstu Kane, nie mówiąc już o kreacji Cieleckiej – tak płomiennej i dzikiej, że nawet kiedy pogrąża się w mroku wciąż można dostrzec jej rozognioną twarz.

Dominic Cavendish, THE DAILY TELEGRAPH

Spektakl TR Warszawa, grany po polsku z angielskimi napisami, podbił widzów na festiwalu w Edynburgu w 2008 roku, a teraz przyjeżdża do Barbican Theatre w ramach „Polska! Year”. Przedstawienie będzie grane tylko przez tydzień, ale z powodzeniem mogłoby być na afiszu przez cały rok.

Ponieważ Kane, która powiesiła się w 1999 roku, nie zostawiła żadnych wskazówek scenicznych, można zrobić z tym tekstem wszystko. W lipcu zeszłego roku teatr Young Vic wystawił tę sztukę jako monodram rumuńskiej aktorki. Tutaj natomiast Grzegorz Jarzyna porąbał tekst jak kawał mięsa. Trochę powyrzucał, trochę poprzestawiał i podzielił na krótkie sceny, a kwestie rozłożył na pięcioro aktorów, rozjaśniając tym samym skomplikowane relacje głównej bohaterki. Ta, grana przez piękną blondynkę Magdalenę Cielecką, balansuje między ekstremalnymi stanami ducha: wycofaniem i mściwą namiętnością. W odpowiedzi spotyka się z obojętnością i irytacją partnera, z przepełnioną okrucieństwem miłością kochanki i z lodowatą władczością lekarzy.

Scenografia z rzędem umywalek z tyłu, przedzielona przezroczystą ścianą nie jest niczym niezwykłym, a jednak na scenie wciąż dzieją się rzeczy niesamowite. Mała dziewczynka pełza wokół Cieleckiej, usiłując ocucić ją po przedawkowaniu. Półnaga starsza kobieta idzie ku nam chwiejnym krokiem niczym widmo. Jest tym, kim stanie się kiedyś młoda bohaterka. W pewnym momencie Cielecka, jedynie w bieliźnie, kilkakrotnie uderza w metalową ścianę, za każdym razem coraz bardziej umazana własną krwią. Na papierze wydaje się to niedorzeczne. Ale wierzcie mi, z bliska jest przerażające.

Sarah Hemming, FINANCIAL TIMES

To przepięknie wyrzeźbione przedstawienie, wymownie oświetlone przez Felice Ross, z przygnębiającą, szpitalną scenografią Małgorzaty Szcześniak, napędzane przez wspaniałą, rozdzierającą rolę Magdaleny Cieleckiej, która ukazuje swoje wnętrze na oczach publiczności. Na początku jest blada, spięta i zdenerwowana, a kończy półnaga, z pustym wzrokiem, żałośnie wołając: „dostrzeżcie mnie”. (...)

Reżyser ma znakomite pomysły (zwłaszcza poruszające spotkanie kobiety z sobą samą w młodym i starym wcieleniu) i nadaje boleśnie fizyczny kształt bezkompromisowemu tekstowi Kane.

Matt Boothman, BRITISH THEATRE GUIDE

Jednym z atutów spektaklu jest duszna, przygnębiająca atmosfera podtrzymywana głównie przez jednostajne, basowe brzęczenie i mdlące melodie z harmonizera, czyli dźwiękowe pejzaże Piotra Domińskiego.Ale najbardziej godny uwagi jest aktorski popis Magdaleny Cieleckiej. Każdy jej skurcz, tik czy gest jest bardziej fascynujący i wymowny niż cały ten zestaw wizualnych trików i metafor.

Miriam Gillinson, CULTURE WARS

TR Warszawa, jeden z wiodących teatrów w Polsce, zaprezentował gorzkie i wyrafinowane przedstawienie, które, podobnie jak tekst Kane, emanuje atmosferą przytłoczenia i nieuchronności. Ten bolesny i niedający spokoju spektakl oczarowuje widza, owija się wokół niego i ściska z całej siły.

Grzegorz Jarzyna stworzył przedstawienie przepełnione lękiem, wstydem, nadzieją, złością i rozpaczą. Zwłaszcza rozpaczą, wyczuwalną bez przerwy. Wszystkie elementy inscenizacji – muzyka, światło, aktorzy i słowa – są na skraju nerwowego załamania. Muzyka schodzi do poziomu przytłumionego pomruku, światła gasną bez uprzedzenia, emocje aktorów rosną niepohamowanie, a ascetyczny scenariusz z każdą minutą coraz bardziej zdumiewa. Bezradna, zamarła publiczność patrzy, jak teatr niemal zapada się pod niesamowitym ciężarem szczerej do bólu i obezwładniającej widza sztuki Kane.

Magdalena Cielecka jako protagonistka zmagająca się z oddzielającą ją od zewnętrznego świata depresją jest niezrównana. Przyglądanie się, jak na zmianę opiera się „urokom” choroby i im ulega, jak łka, krzyczy i śmieje mimo bólu sprawia niezdrową przyjemność i napełnia poczuciem winy. To jak podziwianie rozdrapanego, sączącego się ropą strupa. Albo nawet gorzej – swymi rozżarzonymi emocjami Cielecka zrywa ten strup i zmusza nas do zajrzenia do środka.

A jednak nie jest to jedynie bezlitosny obraz rozpaczy. Widziałam wiele inscenizacji „4.48 Psychosis” wystawianych w jednej tonacji – uderzających wyłącznie w nutę niekończącej się agonii – i wychodziłam z nich dziwnie niewzruszona. Piękno występu Cieleckiej tkwi w tym, że przez czarne chmury przedziera się światło. Bohaterka próbuje wyrwać się z duszącego uścisku depresji. 

Timothy Ramsden, REVIEWS GATE 

Technologicznie i teatralnie pomysłowa, monumentalna inscenizacja Jarzyny koncentruje się na indywidualnym krajobrazie wewnętrznym. Po odsunięciu innych ludzi w scenie otwierającej przedstawienie (desperacki akt, choć względnie normalny w porównaniu z tym, co dzieje się później) następują genialne, wielkie teatralne gesty, które wydają się pełne wysiłku. Wyjątek stanowi kilka cichych momentów: kiedy protagonistka siedzi w plamie światła w rogu sceny albo kiedy w poruszającym obrazie finałowym głos, światło i życie jednocześnie zamierają. Pozostaje tylko twarz, ale i ona jest ledwo widoczna. (...) Właśnie w tych momentach, pozbawionych technologicznych efektów, przedstawienie najbardziej przybliża się do „stojącej, czarnej wody” z tekstu Kane. 

Coco Hall, www.remotegoat.co.uk  

Polski zespół rozpala Barbican 

„4.48 Psychosis” obywa się bez fabuły i postaci. Nie ma didaskaliów ani imion postaci wskazujących, kto akurat mówi. Lecz z tego zbioru strzępków prozy Grzegorz Jarzyna zręcznie stworzył kunsztowną historię rozpadu umysłu. (...) Błyszcząca, surowa scenografia Małgorzaty Szczęśniak przywołuje na myśl izby pamięci, bez wysiłku przeobraża się z mieszkania w szpital, a reżyseria świateł Felice Ross pozwala wychwycić główną postać i śledzi ją już do końca, tak samo jak spojrzenia widzów. (...)

Ostatnia kwestia, „patrz jak znikam”, jest wielokrotnie powtarzana, gdy Cielecka rozpływa się w ciemności. Jednak natarczywe obrazy ze spektaklu pozostały w pamięci znacznie dłużej. Widzowie płakali wychodząc z teatru, a jeśli nie na tym polega prawdziwa moc teatru, to nie wiem na czym. 

Bob Henderson, PINK PAPER MAGAZINE

Największym dokonaniem spektaklu jest to, że tka spójną autobiograficzną narrację z niepokornego tekstu, który uparcie wzbrania się przed wystawieniem na scenie. 

Ten misterny spektakl zręcznie unika pobłażliwości, której nie brak zwykle w dziełach Kane. Nie ma tu infantylnych pisków złości, a wprowadzenie na scenę zarówno młodych, jak i starszych aktorów pozwala sztuce wyjść poza ramy pojedynczej historii pewnej schorowanej kobiety oraz przydaje tekstowi wizualnej poezji. 

Nie wiem, czy Kane doceniłaby ironię w nazwaniu tego teatru „afirmującym życie”, ale z pewnością spektakl ten przypomina, że życie i teatr mogą tak dać w kość, że uwolnią emocje.

David Trennery, http://blogcritics.org

Spektakl Grzegorza Jarzyny interpretuje sztukę Kane jako walkę młodej kobiety o swoją duszę i o zdrowie psychiczne. Magdalena Cielecka maluje bezkompromisowy portret kobiety uwięzionej jednocześnie w swojej głowie i w szpitalu psychiatrycznym wyjętym z utworów Kafki. Walczy z kilkoma przerażającymi postaciami, które błaga o miłość lub o ratunek (lub o jedno i drugie): przyjaciela, kochankę, lekarza, młodszą wersję siebie i w końcu publiczność.

Znakomita scenografia Małgorzaty Szczęśniak z rzędem szpitalnych umywalek i drżącą szklaną ścianą jest doskonale oświetlana przez Felice Ross. Całościowy efekt jest niezwykły: gęstniejący mrok wypływa z duszy bohaterki na scenę i okrywa ciemnością wszystkich dookoła włącznie z nią samą. Jakby tego było mało, ten efekt niepokoju pogłębia dodatkowo koszmarna wersja „When I Fall In Love”, stapiająca się z serią efektów dźwiękowych, których nie powstydziłby się sam David Lynch.

Całość w dziale RECENZJE.