ZESPÓŁ REPREZENTACYJNY

Marek Radziwon, TEATR

Zaczyna się zabawnie, mianowicie od rozstrzygania złożonej kwestii, czy znany aktor Piotr Adamczyk to zasadniczo Adamczyk jeszcze czy Chopin, którego zagrał w kinie. I dalej, czy papież, którego zagrał Adamczyk, który zagrał Chopina, to po prostu Adamczyk, który odegrał papieża, czy Chopin, który stał się papieżem. Gdzie się Wojtyła kończy i Chopin zaczyna? Co się z widzem stanie, jeśli mu się nagle papieża przy fortepianie pokaże? Czy w ogóle jakiś Adamczyk istnieje, czy się kiedykolwiek odrodzi, czy może zawsze już będzie Chopinem, albo papieżem, albo - co gorsza - gdyby Don Juanem z teatru, którego gra papież, który grał Chopina?

Jeżdżenie po Piotrze Adamczyku przychodzi w „Ragazzo dell'Europa" René Pollescha łatwo. I zgaduję, że może jest i miłe aktorom Rozmaitości. Kwestia, którą badają, nie jest jednak zanadto nowa. Pewnie obmyślał ją każdy, kto w angielskich farsach widywał Wokulskiego, natknął się w tramwaju na Kurasia, odkrył Brunnera na letnisku albo Gustlika widział w barze.

W tej dowcipnej kwestii, właściwie skeczu, który jak żaden nadaje się na rozbieg, streszcza się jednak taka oto myśl: całe współczesne życie społeczne podlega fałszerstwom, udawaniu i jakiemuś mylącemu „przedstawieniu". Nabiliśmy sobie wszyscy do głów rozmaitych oczekiwań. To one (oczekiwania, nie głowy) determinują nasz pogląd na świat, ludzi i rzeczy. Dlatego, to przykład samego Pollescha, „kiedy na scenę wchodzi biały, heteroseksualny mężczyzna, to skłonni jesteśmy uważać, że reprezentuje cały rodzaj ludzki. A gdy wchodzi kobieta, reprezentuje tylko kobietę". Przykład obyczajowy jest nośny, ale idzie także o inne dziedziny życia - o politykę i eleganckich niby-socjalistów, którzy reprezentują ideę socjalisty i niby to dbają o bezrobotnych. Albo idzie o sztukę, w której liczy się coś jakby więcej - ale przecież tylko tak udajemy, bo, jak to w sztuce, chodzi wyłącznie o pieniądze. „Heteroseksualny biały nie może przemawiać w imieniu czarnej lesbijki, tak jak klasa średnia nie może przemawiać w imieniu robotników, bezrobotnych, emigrantów" - powiada Pollesch.

Zwykło się sądzić, że to, o czym mówi Pollesch, to problematyka dla lewicy. O teatrze Pollescha powiada się czasem, że jest właśnie lewicowy, skrajnie liberalny, anarchistyczny. Nie wiem, czy istotnie dyskusja, którą prowadzi Pollesch, została przez kogokolwiek zarezerwowana. Myślę, że powinna działać na wyobraźnię każdemu myślącemu uczestnikowi życia społecznego. Każdemu człowiekowi, także tradycjonaliście, który rozumie, że wszyscy i zawsze podlegamy rozmaitym uwarunkowaniom psychologicznym i kulturalnym, że jesteśmy w nieustannej presji tradycji, przyzwyczajeń, norm, zwykłej biologii.

Ponieważ więc nie ma u Pollescha przedstawiania, aktorzy nie grają, ale mają po swojemu się zachowywać. Papieros jest papierosem po prostu i nie odstawia idei papierosa, a gazeta jest gazetą tylko i nie reprezentuje, bo nie może, prasy w ogólności; wagi zasadniczej - bo jednorazowej, skoro istnieje tylko jednokrotność rzeczy, a nie wieczna rzeczy idea - nabiera kwestia doboru przykładów takich fałszywych reprezentacji. Muszą to być przykłady jaskrawe, symboliczne i przede wszystkim od razu zrozumiałe dla miejscowego widza. Przykład z niemieckiego oryginału w Polsce nie zagra, podobnie jak naszych krajowych epizodów nikt gdzie indziej by nie kupił. Nie tylko dlatego, że byłyby nie do pojęcia. Dlatego przede wszystkim, że straciłyby swój sens indywidualny i zamiast dawać przykład reprezentacji, zaczęłyby ledwie reprezentować zagmatwaną ideę reprezentowania. Czyli tutejszy Adamczyk z naszym Wojtyłą staliby się ogólną i zbyt niejasną ideą jakiegoś aktora i ideą duchownego najwyższej hierarchii, który bezwiednie kradnie aktorowi twarz.

Jak wynika z autokomentarzy Pollescha, nie chodzi mu oczywiście o kwestię wyłącznie artystyczną, bo rzecz polega właśnie na tym, żeby się od artyzmu, sceny, przedstawienia i przedstawiania w przedstawieniu uwolnić. Idzie tu przecież nie o relacje w teatrze, ale o relacje w życiu w ogóle. Znaczy się teatr nie reprezentuje idei, nie pokazuje widowiska o relacjach ludzkich, ale jest relacją czystą, czyli chyba powinien przestać być teatrem. Naturalnie powie ktoś, że taka to jest wyrafinowana idea teatralna - tak się wyrafinować, tak w teatr zawikłać, żeby się od reprezentowania i przedstawiania w teatrze uwolnić.

Ucieczkę z teatru ułatwiają dekoracje. Scenografia warszawskiego przedstawienia to istna prowizorka. Wielkie jak fototapety fotografie ulic, samochodów, tureckich barów z kebabami - idealna reprezentacja wielkiego miasta. Jeszcze jakieś tandetne świecidełka, szmatki, plastikowe krzesła. Pół sceny zajmuje wielki ekran, na którym widzimy wszystko to, co dzieje się za ekranem. Właściwie trudno nawet mówić, że istnieje jakieś „za" i „przed". Nie ma tak, że „przed" przedstawiają, ale jak się schowają „za", to odpoczywają. Nie ma po czym odpoczywać, bo nie ma co przedstawiać. Jest się tak samo i „przed" i „za".

Ile aktorzy polscy rozumieją z Pollescha, trudno stwierdzić. Faktem jednak jest, że drugim wielkim epizodem, obok Wojtyły, Chopina i Adamczyka, jest epizod z Klossem i „Stawką większą niż życie", bodaj czy nie jeszcze większy samograj oklepany we wszystkich kabaretach, sprzedany w reklamach i wyśmiany w anegdotach. To ponoć artyści Rozmaitości mieli Polleschowi podczas improwizowanych prób tę legendę podsunąć. Czy jednak w warszawskim „Ragazzo dell'Europa" nie staje się w pewnym momencie tak, że zamiast uderzyć w załganą reprezentatywność białego heteroseksualisty, we wszelkie udawanie, w każde wchodzenie w życiu społecznym w nieswoją rolę, uderzamy zaledwie w peerelowski kicz dla kilku pokoleń przedszkolaków, w kicz mianowicie przystojnego Janka i w kicz munduru oficera Abwehry? Bo to właśnie śmieszny kicz całej tej filmowej sytuacji jest silniejszy od jej, także skądinąd śmiesznej i sztucznej, reprezentacyjności.

Stało się coś jeszcze w polskim przedstawieniu René Pollescha - artyści, którzy w zamierzeniu mieli być neutralni jak gładka, pobielona ściana, którzy mieli, jak to się czasem powiada, nie grać, ale być, grają to nieszczęsne bycie. Starają się grać naturalnie, bo mieli być po prostu naturalni, mieli zrzucić kostium i zasuwać w naturalnych szmatach, a tymczasem puszczają oko do widza i mówią - patrzcie, jakie mamy kostiumy, fajnie zrobione, na całkiem naturalne. Czyli sztuczne do potęgi. Czworo cenionych wykonawców miało wyjść z Teatru Rozmaitości i w ogóle wyjść z wykonawstwa, ja ich miałem brać nie za znanych wykonawców, w ogóle nie za mężczyzn i kobiety, ale - tak całkiem neutralnie - za oddzielne, żywe organizmy, przypadkowe kombinacje wielu pierwiastków organicznych. A tu nie - wyczuwam pod tą bezreprezentacyjnością kolejną reprezentację - to reprezentacja fajnych aktorów ze świetnego teatru na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Ci aktorzy wiedzą lepiej niż inni aktorzy, że u Pollescha trzeba być, a nie grać. I zamiast mówić po prostu, niestety deklamują uroczyście, ale mało tam - uroczyście, już tak odświętnie, żeby nie było wątpliwości, że to na biało, no bo przecież improwizują i sami nie wiedzą i się dziwią, jakie to swoje następne słowo słyszą.

Jest więc jak w znanej anegdocie: „- Dlaczego TVP nigdy nie będzie jak BBC? - Ponieważ w BBC pracują Anglicy". Oto dlaczego niemieckiemu reżyserowi jego niemiecka sztuka nie udała się tak, jak udać się mogła. Bo jego niemieckie przedstawienia grane są w Niemczech, przez niemieckich aktorów. Czyli że nasi spartaczyli - idea tak, wykonanie nie?

Skoro jednak jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze? Co w „Ragazzo dell'Europa" przyciąga, bo przecież przyciąga - tu sporu być nie może? Co tam jest takiego, że się o tym przedstawieniu długo myśli? Że się analizuje, cóż to twórcy mieli na myśli? Może uwodzi nas sprytnie wyinscenizowana cywilność tego teatru, jego tandetna estetyka, dotykająca jednak widza silniej niż poważne widowiska, w których tandeta jest nieświadoma, czyli jeszcze gorsza? A może Pollesch trafił w coś więcej, dostrzegł i celnie opisał jakieś ważne zjawisko społeczne? Tego niestety nie wiem, ale gołym okiem widzę, że Warszawa nie ma chyba dzisiaj drugiego równie żywego teatru, jak ten z Rozmaitości, może zresztą nie całych, może tylko z „Ragazzo dell'Europa". Tu, nie gdzie indziej, pojawił się nagle jakiś ożywczy ton; tu o coś chodzi, tu się wyczuwa jakieś przejęcie. Po którym, aż boję się pomyśleć, trzeba będzie sprzeniewierzyć się sobie i wrócić do reprezentowania - czegokolwiek, choćby idei rewolucyjnego ludu, uzurpacji, dyktatury proletariatu, na przykład klepiąc buty w „Szewcach".