WIARA CZYNI CUDA

Dorota Mieszek, www.koneser.pl

Krzysztof Warlikowski zamyka swoje reżyserskie poszukiwania w dwóch klamrach, z jednej strony jest to Szekspir, z drugiej tragedia antyczna. Ostatnia jego sztuka Bachantki Eurypidesa jest kolejną penetracją starożytnej filozofii życia i sposobu myślenia przez pryzmat współczesności. Bo Warlikowski choć sięga po treści z czasów przeszłych, a nawet zaprzeszłych, dokonuje transkrypcji owych dramaturgicznych zagadnień na współczesność, narażając się przy tym na zarzuty profanacji dramaturgicznej materii i wykoślawiania jej przesłania oraz celowej prowokacji. I gdy Warlikowski rozbiera Hamleta i każe mu nago stanąć przed matką, albo gdy podkreśla homoseksualną naturę Rozencrantza i Guildensterna, to na pewno nie po to, by prowokować lecz by powiedzieć coś istotnego o inscenizowanej materii i podkreślić jej uniwersalność czyli także współczesność.

Dionizos, syn najważniejszego boga Zeusa i Semele, królewny, która doświadczyła ostatecznego kontaktu z bóstwem, wraca do miasta swoich narodzin, by ukarać swoją rodzinę i pokazać mieszkańcom miasta swoją boskość. Karze kobiety tebańskie porażając je, odbierając im wolę i wyganiając w góry, czyniąc bachantkami, swoimi czcicielkami, wypełniając je bez reszty swoja mocą. Te ogarnięte szałem uniesienia i orgiastycznym podnieceniem bachantki tebańskie Warlikowski ukrywa przed naszym wzrokiem. Dane nam jest jedynie obcowanie z bachantkami z Lydii czyli orszakiem Dionizosa, która stale obecne na scenie, odziane w karakułowe futra i przystrojone odświętnie ku czci boga, komentują, ostrzegają i przepowiadają tragedię. Zadziwiająca jest moc Dionizosa, który swoją boskością zaraża całą tebańską społeczność. Kult boga nie zna wieku i płci. I gdy ślepy Tejrezjasz razem z królem Kadmosem przebierają się za bachantki, by przedostać się do ich zaklętego kręgu i tańczyć, by poczuć ową boskość w sobie, czy to nie dowód, że wiara jest głęboko zakorzeniona w naszej świadomości.

Penteusz (świetny Jacek Poniedziałek) jedyny niepokorny, nie akceptujący władzy i mocy Dionizosa, naśmiewający się z ogarniętych bachicznym szałem kobiet, drwiący z goniących za boskością starców. Młody władca, który nie potrafi rozumem ogarnąć niewytłumaczalnych zdarzeń, neguje więc ich powagę, podważa istotę Dionizosa. Teby są jego i takie mają pozostać. Jego zuchwałość, która z czasem przekształca się w ciekawość, chęć całkowitego poznania boskiej natury, przekroczenia tej nieprzekraczalnej granicy między bogiem i człowiekiem zostaje ukarana. Penteusz zapominając, że istnieją sfery, do których człowiek nie ma dostępu, chce zaburzyć porządek relacji bóg-człowiek. Przebrany za bachantkę udaje się w góry, by doświadczyć misterium "na własne oczy" i może wreszcie uwierzyć. Za swoją nierozwagę, za pragnienie ostatecznego obcowania z bóstwem zostaje okrutnie ukarany, rozszarpany przez matkę Agawe, która w dionizyjskim zapamiętaniu widzi przed sobą lwa, a nie własnego syna. Gdy Agawe uprzytomni sobie co uczyniła, gdy jej krzyk nad rozszarpanymi zwłokami Penteusza wypełni scenę, stajemy się świadkami największej tragedii dramatu.

To bardzo mądre przedstawienie. Myślę, że aby w pełni ogarnąć wizję eurypidesowej tragedii, którą odczytuje Warlikowski, należy ją zobaczyć co najmniej dwa razy. Nie każdy twórca ma odwagę zagłębić się w swoich teatralnych wędrówkach w sferę tak intymną jak sacrum, religia, wiara. A jeśli nawet, rzadko zdarza się wyjść z takiej próby zwycięsko. Warlikowski nie ucieka przed tematami trudnymi. Jest odważny w swoich poszukiwaniach, a będące efektem takich poszukiwań przedstawienia, to nie pozbawione treści zlepki scenicznego bełkotu, one zapraszają widza do myślenia, one widza nie pozostawiają drewnianym i obojętnym.