The Herald o 4.48 Psychosis w Edynburgu

Neil Cooper, THE HERALD

Śmiech to nie jest coś, czego moglibyśmy oczekiwać w ostatniej ze sztuk autorstwa Sary Kane, wystawionej po raz pierwszy w roku 2000, w rok po śmierci autorki, najbardziej dynamicznej ze wszystkich dramaturgów. Kiedy więc śmiech pojawia się kilka minut po rozpoczęciu spektaklu Grzegorza Jarzyny z TR Warszawa, kiedy zamyka on pełną nienawiści do samej siebie tyradę Magdaleny Cieleckiej, centralnej postaci wszechobecnego umysłowego i emocjonalnego niepokoju, jest to nieco głupkowaty rechot człowieka, który mógłby stać się jej ważnym alter ego. Tak mogą śmiać się tylko kochankowie gorączkowo zdzierający z siebie na wzajem ubranie, którzy próbują właśnie w ten nieco histeryczny sposób, rozładować powagę nadchodzącej chwili. Podejście Jarzyny do tekstu, który na pierwszym poziomie czyta się jak nieco niezrozumiały wiersz, jest chwilami bardzo dosłowne, reżyser bawi się przestawianiem fragmentów tekstu, ukazuje coś w rodzaju flirtu z lekarzem, niezliczone rozmowy z pozornie istotnymi postaciami. Cielecka jest postacią centralną każdej sceny, z włosami zaczesanymi do tyłu. Zmiata wszystko Głos spoza sceny, sporadycznie, jakby wprost z Alphaville Goddarda, podkreśla każdy obraz poważnym odliczaniem czasu pozostałego do samozagłady bohaterki.

W rezultacie powstaje niezwykle impresjonistyczny zestaw dramatycznych znaczników tekstu, który pomaga ponownie określić sposób, w jaki choroba psychiczna traktowana jest na scenie, ale który jednocześnie jest nieustannie blokowany przez swą własną, jakże smutną mitologię. Po równie emocjonalnej roli w Dybuku, zagranej na tej samej scenie w ubiegły weekend, Cielecka daje jeszcze odważniejszy pokaz osobowości, która jest równie emocjonalnie odkryta jak sama autorka sztuki. Już wkrótce nadejdzie czas kiedy legenda Sary Kane nie będzie musiała być opowiadana przy okazji każdego wietrzenia jej dzieła. Tak będzie już niedługo, ale jeszcze nie teraz.