SMUTEK I KOMIZM PRZEMIJANIA
Jacek Cieślak, RZECZPOSPOLITA
To był hipnotyzujący seans, zespołowa kreacja aktorów TR Warszawa i krakowskiego Starego Teatru, którzy z ironicznym dystansem pokazali brzydotę życia bez miłości.
Krzysztof Warlikowski przyzwyczaił nas do obcowania z wielkimi mitami naszej kultury - Dionizosem, Prosperem, Hamletem, współczesnymi wcieleniami Kalibana, Ariela, dybuka. Sięgając po nową dramaturgię, pokazywał ludzi nieprzystających do życia, przełamywał tabu. Na tym tle postaci z najnowszego spektaklu są szokująco banalne. To typy z telenoweli, tytułowa postać (Jacek Poniedziałek) jest antybohaterem. Powraca ze światowych wojaży do rodzinnego miasteczka z walizką brudnych ciuchów i nie ukrywa życiowej klęski. Jeśli cokolwiek go wyróżnia, to chyba tylko zdecydowanie, by pozostać w życiu nikim.
Sztukę Levina łączy z poprzednimi przedstawieniami Warlikowskiego temat miłości. W 0czyszczonych wyzwalała z więziennej opresji, w Burzy wiązała ludzi w różnym wieku, w Dybuku pokonała śmierć. W Krumie nikt nie daje jej żadnej szansy. Wesela przypominają stypę, a domowe zacisze małżonków zamienia się w piekło, wzmagając cierpienie. Piękną Trudę (Maja Ostaszewska) zżera obsesja przemijającej urody. Jej mąż Taktyk (Marek Kalita) przeżywa dramat transwestyty, Dupa (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik)nie może zapomnieć o swojej brzydocie w ramionach chorego na raka Tugatiego (Redbad Klynstra), a matka Kruma (Stanisława Celińska) - pogodzić się z porażką syna. Tylko Cica (Danuta Stenka) potrafiła przekonać siebie i innych, że odniosła sukces w wielkim świecie. Jako jedyna zrozumiała, że śmiertelnicy muszą cieszyć się chwilą, podchodzić do życia bez śmiertelnej powagi.
Nigdy dotąd w teatrze Warlikowskiego dramatyzm zdarzeń nie był równie ważny, jak ich komizm. Dzięki temu reżyser osiąga efekt przypominający filmy Pedro Almodóvara i Davida Lyncha-każdy,nawet z pozoru zwykły człowiek, nie tylko śmieszy nas, ale i intryguje tajemnicą niepowtarzalnej egzystencji.
Od aktorów wymaga to niezwykłej precyzji, a jednocześnie naturalności scenicznych zachowań. W rytm klubowej muzyki Pawła Mykietyna grają jak w transie, przykuwając uwagę widzów przez prawie trzy godziny - także w epizodach (Anna Radwan-Gancarnczyk, Zygmunt Malanowicz).
Każda scena jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe - w rytmie, mimice, intonacji, pracy z rekwizytem. Małżeńską awanturę Marek Kalita odgrywa z pomocą dwóch saszetek herbaty. W rękach aktora są najpierw kłócącymi się kukiełkami, a potem pejsami religijnego Żyda, który bije pokłony przed dominującą żoną. Najmocniej wypada pożegnanie z Tugatim, który poprosił przyjaciół, by po śmierci rozdmuchali jego prochy. Płacząc i chichocząc na przemian, choć na chwilę stają się sobie bliscy, nawet jeśli łączy ich jedynie strach przed śmiercią. Krakowską premierę różniła zresztą od wcześniejszej warszawskiej prezentacji zwartość całości i niezwykła intensywność gry.
Spektakl jest mocno zakorzeniony w kulturze pop. Przez ekran przewijają się zdjęcia tętniącego nocnym życiem Tel Awiwu. Bohaterów prześwietla stroboskopowe światło, a przestrzeń sceny zamykają okna, przez które, niczym w Big Brotherze, można podglądać kulisy intymnych spotkań. A jednak Kruma więcej łączy, niż dzieli z poprzednimi spektaklami Warlikowskiego. Powracające motywy i aktorskie duety - Jacek Poniedziałek i Stanisława Celińska, Redbad Klynstra i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik-znane z Hamleta i Burzy pozwalają sądzić, że sztuka Levina należy do cyklu, w którym reżyser pokazuje, jak niestereotypowo patrzeć na świat. A Krum jak inni bohaterowie, dojrzewa do życiowego przełomu - zaczyna pisać powieść.
