Polski zespół rozpala Barbican
Coco Hall, www.remotegoat.co.uk
Atmosfera wyczekiwania jest namacalna. Wiemy, że czeka nas poruszający i niepokojący wieczór.
„4.48 Psychosis” jest ostatnią sztuką Sary Kane, interpretowaną jako palący, elegijny list samobójczy stworzony przez umysł, który poznał zarówno prawdziwy mrok, jak i światło. Z całej twórczości, na którą składa się zaledwie pięć sztuk, jeden film krótkometrażowy i parę artykułów do gazet, innowacyjny, eksperymentalny teatr Kane wszedł do kanonu.
Jej kolega po piórze Mark Ravenhill opisał Sarę jako „pisarkę współczesną z klasyczną wrażliwością, która stworzyła teatr wielkich chwil piękna i okrucieństwa, teatr, który napawa uczuciem respektu i grozy”.
Rzeczywiście doznajemy tych uczuć podczas przedstawienia TR Warszawa w teatrze Barbican.
„4.48 Psychosis” obywa się bez fabuły i postaci. Nie ma didaskaliów ani imion postaci wskazujących, kto akurat mówi. Lecz z tego zbioru strzępków prozy Grzegorz Jarzyna zręcznie stworzył kunsztowną historię rozpadu umysłu.
Grana po polsku sztuka z jasno zielonymi napisami LED (w jakiś dziwny sposób czytanie napisów wzmacnia surowy, stonowany tekst Kane) mknie przez sceny pełne piekącej doskonałości. Błyszcząca, surowa scenografia Małgorzaty Szczęśniak przywołuje na myśl izby pamięci, bez wysiłku przeobraża się z mieszkania w szpital, a reżyseria świateł Felice Ross pozwala wychwycić główną postać i śledzi ją już do końca, tak samo jak spojrzenia widzów. Jest taka niesamowita scena, w której wyświetlane są liczby reprezentujące różne metody leczenia depresji pacjentki, liczby niczym w Matriksie, które zalewają ją i obezwładniają.
Magdalena Cielecka wciela się w główną bohaterkę, pisarkę z rozłamem osobowości, co bezpośrednio ukazuje w scenie konfrontacji ze swoimi demonami, kiedy na scenie pojawia się starsza kobieta i mała dziewczynka. Bohaterka połyka proszki, kłóci się z lekarzami, z kochanką i z przyjacielem, w końcu podcina sobie żyły i rzuca się na ścianę. To jest niepokojące, ale jednocześnie przykuwa uwagę, tym bardziej, że kobieta krzyczy bezpośrednio do publiczności, półnaga, obnażając siebie i nasze wścibstwo.
Może to dziwne, ale nie wszystko jest tu mroczne - jest kilka dowcipnych momentów, rozświetlających spektakl na krótko, niczym jarzące się napisy z tłumaczeniem. Bohaterka opowiada sen, w którym lekarz dał jej osiem minut życia po tym jak czekała na wizytę przez pół godziny. To jedna z mile widzianych jasnych chwil w ciemności.
Ostatnia kwestia, „patrz jak znikam”, jest wielokrotnie powtarzana, gdy Cielecka rozpływa się w ciemności.
Jednakże natarczywe obrazy ze spektaklu pozostały w pamięci znacznie dłużej. Widzowie płakali wychodząc z teatru, a jeśli nie na tym polega prawdziwa moc teatru, to nie wiem na czym.
