Polska – koszmar senny

Andreas Schäfer, TAGESSPIEGEL

Smutna, bezczelna, głęboka: nowa sztuka Doroty Masłowskiej w Schaubühne.

[...] Trzy dni po niewypale, jakim była sztuka Ravenhilla, odbyła się prapremiera bardzo ostrego dramatu Między nami dobrze jest młodej polskiej pisarki Doroty Masłowskiej. Autorka jest w Polsce gwiazdą, odkąd, w wieku niespełna dwudziestu lat, opublikowała powieść Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną. Teraz ma lat dwadzieścia pięć, napisała jeszcze jedną powieść i dwa dramaty i przed rwetesem w Polsce uciekła do Berlina. Masłowska z niezwykłym talentem potrafi naśladować autentyczne głosy i w swojej drugiej sztuce idealnie oddaje język różnych środowisk i pokoleń. W grożących zawaleniem murach warszawskiej kamienicy czynszowej umieszcza panoramę polskiego społeczeństwa, równie plastyczną, jak ponurą, która w swoim przejaskrawieniu przedstawia warstwy zbiorowego rozpadu, tak że widzowi śmiech więźnie w gardle.

W malutkim mieszkanku gnieżdżą się babcia, matka Halina i mała dziewczynka. Podczas gdy babcia wciąż opowiada o wkroczeniu Niemców, zdziczała od biedy matka wędruje myślami po iluzjach świata konsumpcji, upaja się lekturą pisma dla kobiet zatytułowanego „Nie dla Ciebie”, wyobraża sobie podróże, w które nigdy się nie uda, i gotuje leczo ze spleśniałego mięsa z puszki. Tymczasem wnuczka, słysząc dzwonek do drzwi, woła: „To przyszła znów druga wojna światowa”.

Straumatyzowane przeszłością, biedne, cyniczne. Trójce przegranych autorka przeciwstawia grupę rzekomych zwycięzców, nową elitę medialną. Wciągający kokainę scenarzysta streszcza film, narcystyczny aktor rozwala się na sofie, lalkowata prezenterka telewizyjna i nowobogacka, wiecznie oburzona ofiara mody chwiejnie przechadzają się na obcasach.

Społeczeństwo Masłowskiej zna tylko skrajności. Środka brakuje. To znaczy, pośrodku tkwi bezdenne poczucie niższości, nienawiść Polaków do samych siebie. Korpulentna sąsiadka określa się jako „grubą świnię, która nie ma prawa szwendać się innym po ich polu widzenia”. Z drugiej strony jest gwiazdeczka, która tak bardzo gardzi sobą, że najchętniej dałaby się wymienić na idealnie wyglądającą wersję z IKEI. To niesamowite rozgrzebywanie własnego wnętrza, pozostawia z postaci tylko ich powłokę, a rzeczywistość czyni filmem!

Grzegorz Jarzyna w spektaklu TR Warszawa zręcznie bawi się elementem nierzeczywistości. Trzy białe ściany, będące jednocześnie ekranami. Na początku aktorzy stoją w szeregu niczym postaci z wycinanki, występują pojedynczo do przodu lub, jak babcia, na wózku inwalidzkim wjeżdżają w światło. Sceny rozgrywane są z lakonicznym spokojem, raczej ledwo zarysowane niż szarżowane, podczas gdy po ekranach od czasu do czasu migają dziecięce rysunki, które dobrze pasują do infantylnej rodzinnej manii, polegającej na cierpiętniczym celebrowaniu biedy za pomocą przesadnego używania przeczeń typu „Idę do mojego braku pokoju”.

To, że ta mania przeczeń jest czymś więcej niż tylko zabawą, okazuje się w oszałamiającym finale. Teraz światy biedaków i nowobogackich się zazębiają, rzeczywistość i fantazja mieszają się, tworząc ponurą całość. Obrazy zniszczonej niemieckimi bombami Warszawy wypełniają ekrany, babcia zginęła podczas bombardowania, jak wreszcie zauważa wypadająca ze swojej cynicznej pozy wnuczka. W tym momencie dociera do jej świadomości także to, że ona sama nie mogła nigdy istnieć. Polska – jeden wielki koszmar senny? „Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko normalnymi ludźmi”, krzyczy w pewnym momencie wnuczka. Digging deep. Głębiej właściwie kopać nie można.