Pięć gwiazdek dla 4:48 Psychosis
Benedict Nightingale, THE TIMES
Ocena: *****
Kiedy oglądałem ostatnio w Polsce wznowiony spektakl TR Warszawa na podstawie sztuki Sary Kane, jacyś widzowie powiedzieli, że aktorka grająca dramatopisarkę (czy jej artystycznego sobowtóra) nie ma już takiej siły wyrazu, jak kiedyś. Poczułem się wtedy prawdziwym Anglikiem: być może Magdalena Cielecka tego wieczoru zaledwie rozpalała ogień namiętności zamiast go rozniecać, ale dla mnie i tak była niczym żywa pochodnia. Jeśli ta pozornie krucha kobieta może być jeszcze bardziej ognista, to przed pokazem w Barbican Theatre radzę zaopatrzyć się w gaśnicę, bo pewnie od jej żaru ogniem zajmie się cały zespół Grzegorza Jarzyny, a za nim widownia.
Nie chcę przez to powiedzieć, że przedstawieniu „4:48 Psychosis” (granemu po polsku z angielskimi napisami) brakuje subtelnych odcieni szarości. Jarzyna traktuje ten dziwny tekst Kane jako list pożegnalny autorki, która popełniła samobójstwo w 1999 roku, list z nutką gorzkiego humoru i groteskowej autoanalizy. Wraz z warszawską publicznością śmiałem się, kiedy Cielecka opowiadała sen, w którym lekarz mówi jej, że zostało jej osiem minut życia, po tym jak spędziła pół godziny w lekarskiej poczekalni, i kiedy stwierdziła, że ten właśnie sen tak ją przygnębił, że postanowiła się zabić. Lecz mimo tych ostrych żartów ani przez chwilę nie da się wątpić w osamotnienie i rozpacz bohaterki.
Jest 4:48 rano, wieczna godzina – godzina, o której Kane często budziła się z bólu. Jest ponuro. Na scenie jest więcej aktorów niż w trzyosobowej, znacznie bardziej powściągliwej wersji londyńskiej z 2000 roku. Czy ten nonszalancki facet, który dłubie sobie w zębach to lekarz? A kim jest ta przeraźliwie stara, androgyniczna postać, która spogląda zza kulis? Dzięki Jarzynie – jego skrótom i odważnym decyzjom co do przypisania pewnych kwestii danym postaciom – wszystko jest jasne.
Lekarze usilnie pocieszają Cielecką, przygotowują się do operacji mózgu, stawiają bezduszne diagnozy i wypisują recepty, podczas gdy ta zwija się z bólu i wstrząsają nią mdłości. Pojawia się też jej kochanka, którą najpierw łapie kurczowo, potem odpycha, znów przytula, odrzuca, a w końcu oskarża o odrzucenie.
Czy ten spektakl jest zbyt szczegółowy i zbyt jaskrawy? Nie odniosłem takiego wrażenia. Jego fizyczne nieokiełznanie oddaje psychiczny zamęt Kane. Cielecka potrafi zarówno wpaść we wściekłość, wrzeszczeć i wyzywać lekarzy, którzy są dla niej wcieleniem diabła, jak i osunąć się na podłogę w bólu, odrętwiała wyznać, że jest współwinna zła na świecie lub radośnie oznajmić, że samookaleczenie jest rewelacyjne. Zaraz potem upada na plecy, zostawiając za sobą krwawy ślad. Prawie naga, owinięta jedynie w bandaże, nieruchomieje, blednie i szepcze: „patrz, jak znikam”. Brawurowa kreacja, a jednocześnie opanowana, kontrolowana, błyskotliwa, przerażająca i na wskroś prawdziwa.
