Nieustający krzyk

Miriam Gillinson, CULTURE WARS

Depresja kliniczna, którą z bezgraniczną szczerością opisuje Sara Kane w swojej ostatniej sztuce „4.48 Psychosis”, to stan od którego nie da się uciec (bez profesjonalnej pomocy). TR Warszawa, jeden z wiodących teatrów w Polsce, zaprezentował gorzkie i wyrafinowane przedstawienie, które, podobnie jak tekst Kane, emanuje atmosferą przytłoczenia i nieuchronności. Ten bolesny i niedający spokoju spektakl oczarowuje widza, owija się wokół niego i ściska z całej siły.

Grzegorz Jarzyna stworzył przedstawienie przepełnione lękiem, wstydem, nadzieją, złością i rozpaczą. Zwłaszcza rozpaczą, wyczuwalną bez przerwy. Wszystkie elementy inscenizacji – muzyka, światło, aktorzy i słowa – są na skraju nerwowego załamania. Muzyka schodzi do poziomu przytłumionego pomruku, światła gasną bez uprzedzenia, emocje aktorów rosną niepohamowanie, a ascetyczny scenariusz z każdą minutą coraz bardziej zdumiewa. Bezradna, zamarła publiczność patrzy, jak teatr niemal zapada się pod niesamowitym ciężarem szczerej do bólu i obezwładniającej widza sztuki Kane.

Magdalena Cielecka jako protagonistka zmagająca się z oddzielającą ją od zewnętrznego świata depresją jest niezrównana. Przyglądanie się, jak na zmianę opiera się „urokom” choroby i im ulega, jak łka, krzyczy i śmieje mimo bólu sprawia niezdrową przyjemność i napełnia poczuciem winy. To jak podziwianie rozdrapanego, sączącego się ropą strupa. Albo nawet gorzej – swymi rozżarzonymi emocjami Cielecka zrywa ten strup i zmusza nas do zajrzenia do środka.

A jednak nie jest to jedynie bezlitosny obraz rozpaczy. Widziałam wiele inscenizacji „4.48 Psychosis” wystawianych w jednej tonacji – uderzających wyłącznie w nutę niekończącej się agonii – i wychodziłam z nich dziwnie niewzruszona. Piękno występu Cieleckiej tkwi w tym, że przez czarne chmury przedziera się światło. Bohaterka próbuje wyrwać się z duszącego uścisku depresji. Nawet kiedy postać grana przez Cielecką nieskutecznie próbuje popełnić samobójstwo, wznosząc toast na cześć swojego talentu i połykając setki tabletek, nie jest to scena całkowicie tragiczna. Cielecka potrafi zapalić płomyk nadziei, a my uzmysławiamy sobie, że te próby samobójcze, choć przerażające, służą też potwierdzeniu własnej tożsamości bohaterki.

Po kolejnych nieudanych próbach rozstania się z życiem (czy rzeczywiście chciała, żeby się powiodły?) na scenę, przy akompaniamencie dudniącej muzyki, wpełza mała dziewczynka i czołga się w kierunku rozciągniętej na ziemi Cieleckiej. Kobieta i dziewczynka siadają obok siebie i chociaż publiczność z jednej strony pragnie, żeby dziewczynka uciekła jak najdalej od tej kobiety i od jej choroby, jest pewną pociechą widzieć je razem. Siedzą tak razem i robią groteskowe miny, a w tle muzyka zmienia się stopniowo, by w końcu zamilknąć. To straszna scena, ale też zabawna i wzruszająca.

Każda kolejna scena spektaklu jest nie mniej zaskakująca od poprzedniej. To skutek połączenia nieprzewidywalnego tekstu Kane z odważną, abstrakcyjną reżyserią Jarzyny. Chociaż w przedstawieniu panuje godna podziwu swoboda – sceny pędzą w rozmaitych kierunkach – to całość wydaje się spójna.

Elementy, które na początku drażnią, zaczynają nabierać sensu. Ciąg wypowiadanych liczb jest interpunkcją przedstawienia i choć na początku przeszkadza, to w miarę trwania spektaklu liczby, grzmiące i bezosobowe, stają się częścią faktury tej sztuki, a ich rytmiczność ma działanie stabilizujące. Pod koniec spektaklu, główna bohaterka poddaje się „chemicznej lobotomii”, a lekarze wydają tony bezużytecznych recept. Każda recepta ma numer – dokładną dawkę mającą ocalić dziewczynę, a każdy numer jest wyświetlany na ścianie z tyłu sceny. Liczby te najpierw „spływają” powoli po ścianie, ale z czasem tempo ich spadania rośnie. Płyną niczym krople deszczu po szybie, aż przeradzają się w gwałtowną ulewę zamazującą obraz na scenie. Wtedy zaczynamy rozumieć, dlaczego tak uporczywie przerywały sztukę; lekarstwa symbolizowane przez liczby są jednocześnie kuracją i destrukcją dla dziewczyny, czymś co może utrzymać ją przy życiu, ale i przeszkodzić jej w ukończeniu pracy.

Można by pomyśleć, że angielskie napisy (przedstawienie jest wystawiane  po polsku) mogą utrudnić widzowi skupienie uwagi na scenie, ale tak naprawdę jeszcze wzmagają ostrość odbioru. Sam scenariusz jest już surowy i ciężki, a napisy wyświetlane na wąskim pasku nad sceną dodatkowo potęgują to wrażenie. Rozpaczliwe wypowiedzi stają się jeszcze bardziej mroczne, kiedy widać je w izolacji. „Całe moje życie to kompletna porażka” – te słowa pozostają na dłużej na ekranie, oślepiając widzów i upokarzając główną bohaterkę. Jest coś takiego w języku polskim, w którym tak wiele słów kończy się na samogłoskę, co sprawia wrażenie, że ten tekst to nieustający krzyk. Czasami emocje uderzają silniej, kiedy przestanie się czytać, a zamiast tego podda się otaczającym dźwiękom.

Pod koniec naga Cielecka biegnie i kilkakrotnie rzuca się na tylną ścianę. Na początku tej sceny jej nagość wydaje się niewinna – aktorka bawi się z publicznością wołając: „zobaczcie mnie, uratujcie”. Wtedy współczujemy tej kruchej, samotnej i rozebranej dziewczynie. Ale kiedy rzuca się na ścianę wykrzykując błagalnie do publiczności i zewsząd zaczyna tryskać krew, jej ciało nie wydaje się już takie niewinne. Jest wtedy raczej oskarżycielskie – widzimy otwierający się strup, który nigdy już się nie zagoi.