MAKBET KLECZEWSKIEJ I JARZYNY
Jacek Kopciński, TEATR
[...]
Grzegorz Jarzyna pokazał "Makbeta" w pustej hali fabrycznej, tworząc widowisko niemożliwe do zrealizowania w teatrze. Betonowe ściany i podłoga pozwoliły mu rozniecić prawdziwy pożar, akustyka pomieszczenia nadała pozorowanym wystrzałom i wybuchom moc prawdziwej wojny, dźwięk lądującego śmigłowca wbijał w metalowy fotelik. Było groźnie... Jarzyna nie tylko pokazał atak komandosów, pozwolił także odczuć jego grozę. Zgoda, pierwszy kwadrans jego przedstawienia przywodził na myśl sceny z filmów wojennych, a brak dystansu reżysera wobec ich widowiskowego realizmu mógł razić. Jednak wybór takiej właśnie konwencji wynikał z logiki całego widowiska. Myślę, że wśród surowych, betonowych ścian zgrzytem byłaby właśnie wojna symboliczna. Kiedy stawia się na realizm przekazu, ważna jest prawda i sugestywność. Trzeba przyznać, że w robocie Jarzyny nie było najmniejszej tandety. Każdy element jego wojennej sekwencji jest tu dopracowany i współtworzy całość przekonującą nawet dla tych, którzy nie przepadają za takimi obrazami.
Jarzyna przenosi tragedię Szekspira w realia amerykańskiej wojny w Iraku czy Afganistanie, istotnie ingerując w tekst (dopisane sceny i sekwencje dialogów), ale nie niszcząc filozoficznej tkanki dzieła. Inaczej niż Kleczewska, właśnie u Szekspira zdaje się szukać odpowiedzi na fundamentalne pytania. W jego teatralnej opowieści generał armii królewskiej ani na chwilę nie zamienia się w gangstera, nadal jest świetnym, odważnym żołnierzem, który zna pojęcie honoru, ale - kuszony i wystawiany na próbę - traci rozeznanie w tym, co dobre, a co złe. Witamy więc w piekle! Jego kształt Jarzyna przerysował z filmów Davida Lyncha (zwłaszcza Lady Macbeth - dziwna paniusia z kokiem na głowie, w obcisłej spódniczce z nieodłączną torebką w ręku - przypomina bohaterki Miasteczka Twin Peaks). W betonowej hali reżyser dysponował nie jedną, a pięcioma "scenami" i wykorzystał je na sposób filmowy, tworząc symultaniczne widowisko narastającej grozy. Owszem, kolejne sekwencje jego "Macbetha" przywodzą na myśl "Blue Velvet" czy "Zagubioną autostradę", ale robią niesamowite wrażenie. Choćby niezwykła scena śmierci królowej, w której Aleksandra Konieczna powoli w kompletnej ciszy zawiązuje sobie prześcieradło wokół szyi, a potem wiesza się w dziwnej pozycji sztywno (i poziomo!) wyciągniętej lalki. Samobójczyni przez cały czas towarzyszy czarna, karłowata postać demona. Dawno nie widziałem czegoś tak wstrząsającego! Mimo oddalenia, za sprawą czułych mikroportów, słyszymy także każdy oddech bohaterów tego atakującego wszystkie zmysły widowiska. Tak, Jarzyna postanowił zabrać nas do piekła i nie cofnął się nawet przed procederem urzynania głów...
Choć taka dosłowność w teatrze zawsze ociera się o kicz, doceniam męski spektakl Jarzyny. Ciekawi mnie jednak, dlaczego jego przedstawienie jest aż tak bardzo filmowe? Czy dotyk metafizycznego zła można dziś odczuć tylko w kinie? A może nie o złu opowiada reżyser, a tylko o wypełnionej po brzegi jego obrazami wyobraźni współczesnego widza? jeśli tak, szereg nieufnych realizatorów Szekspira wydłużyłby się o jeszcze jednego artystę.
