KLATKA

Roman Pawłowski, GAZETA WYBORCZA

Premiera sztuki irlandzkiego dramaturga Marka O’Rowe’a Howie i Rookie Lee w reżyserii Artura Urbańskiego w Rozmaitościach przejdzie do historii jako pierwszy spektakl w Warszawie, którego akcja rozgrywa się na... klatce schodowej. W sali prób zwanej Stolarnią Magdalena Maciejewska zbudowała replikę holu wielkiego bloku. Są tu skrzynki na listy, niektóre pootwierane przez złodziei, jest zsyp na śmieci, są metalowe poręcze oraz jednakowe drzwi z numerami mieszkań. U sufitu wiszą jarzeniówki, które włączają się samoczynnie i gasną, jak to na klatce.

Ktoś może powiedzieć – a cóż w tym oryginalnego, ja przez taką klatkę dwa razy dziennie przechodzę, po co bym miał ją oglądać na scenie! Tak, ale ta realistyczna scenografiawpolskimteatrzejestwydarzeniem.

Na naszych scenach śmiesznie mało jest współczesnych wnętrz, co wiąże się z repertuarem opartym głownie na klasycznych sztukach z XIX wieku. Dramaty romantyczne, jak wiadomo, rozgrywały się głownie na szczytach: na Mont Blanc, na Wzgórzu Wawelskim albo Górze Trzykrzyskiej, to, co poniżej, było generalnie w pogardzie. Scenografowie polscy zajęci wyczynami alpinistycznymi długo nie przyjmowali do wiadomości istnienia takich przedmiotów codziennego użytku jak zlew, muszla klozetowa, lodówka czy telewizor. Aby zobaczyć, za przeproszeniem, kibel na scenie, trzeba było podróżować do Niemiec albo Wielkiej Brytanii. Pierwszy zlew w polskim teatrze zobaczyłem na spektaklu Krystiana Lupy w połowie lat 80. i był to estetyczny szok. Jakże coś tak pospolitego można pokazywać na świętej naszej narodowej scenie, która kościołem jest naszym, naszą tradycją i historią naszą!

Dopiero pojawienie się nowej dramaturgii z Zachodu opisującej życie codzienne w wielkich miastach wymogło na scenografach przemeblowanie sceny. Ale nic oryginalnego z tego nie wynikło. Komplet wypoczynkowy w Shopping and fucking czy tapczan w Niezidentyfikowanych szczątkach stały się po prostu odpowiednikiem dawnego szezlonga albo mieszczańskiej kanapy. Chociaż siedzący na nich ludzie przybierają inne pozy i o innych tematach rozmawiają, mebel pozostaje meblem. Niczego nie wyraża.

Inaczej jest w najnowszym spektaklu w Rozmaitościach. Przestrzeń klatki schodowej ma tu wymiar metafory. Dla dwóch bohaterów tej opowieści, młodych mieszkańców blokowiska, którzy trawią czas na piciu, rwaniu panien i bijatykach, klatka jest całym światem. Tutaj snują marzenia, liżą rany, trenują i zaliczają panny w zsypie na śmieci. Innego świata nie znają. A inny świat jest tuż obok. Przez brudne szkło drzwi wejściowych widać gruby pień drzewa, które rośnie na podwórku teatru. Rośnie na przekór otaczającemu je betonowi. Maciej Wojdyła i Redbad Klynstra świetnie rozgrywają dramat ludzi, którzy pustkę swojego życia próbują zasypać aktami przemocy. Ale bez tych ohydnych drzwi, bez skrzynek na listy i przede wszystkim bez drzewa, które nieoczekiwanie rośnie za plecami, ich gra zawisłaby w powietrzu na jakimś kolejnym teatralnym Mont Blanc. A tak jest obok nas. Czy nie o to chodzi?