FESTIWAL W EDYNBURGU: DYBUK

Andrew Dickson, THE GUARDIAN

Nie da się zaprzeczyć fascynującej, przerażającej natury Dybuka, baśni o niespokojnym duchu, który przejmuje władzę nad ciałem niewinnej osoby. Łącząca współczesne opowiadanie Hanny Krall z klasycznym żydowskim dramatem Szymona Anskiego wersja przedstawiona nam przez TR Warszawa wydaje się jednak tak skomplikowana, że chciałoby się, by Polacy pozostawili tę baśń tam, gdzie ją znaleźli: w głębi naszej podświadomości.

Przedstawienie zaczyna się przyjemnie: widzimy siedmiu aktorów w jarmułkach, opowiadających stare żydowskie historie, np. o tajemniczym spotkaniu z mężczyzną, który być może jest Mesjaszem. Wtem, gdy narzeczony szykuje się do ślubu, a chór plotkarek do wesela - zdajemy sobie sprawę, że jedna z tych starych żydowskich opowieści rozgrywa się na naszych oczach.

Odbywa się ślub i nagle złowrogi duch opanowuje ciało panny młodej. Tymczasem amerykański uczony powoli odkrywa, że za jego fascynacją starymi synagogami oraz postoświęcimskim poczuciem winy kryje się mroczny, okropny sekret.

Istota tego prastarego, krwawego mitu jest uderzająca, ale sposób, w jaki został przedstawiony w tym spektaklu - nadmiernie przesiąkniętym mało znanymi opowieściami biblijnymi, których kompletnie nie skojarzyłem - był okropnie trudny do zrozumienia. Dlaczego, zastanawiałem się, dwójka mężczyzn bije się w pokoju pełnym pary? (potem uświadomiono mnie, że takie są źródła klątwy dybuka). I dlaczego mnich tłumaczy się, że przeszedł na buddyzm bo żydowski Bóg nie był w stanie wytłumaczyć Treblinki? (scena z historii Krall, która nijak nie daje się przedstawić na scenie).

Scenografia Małgorzaty Szczęśniak jest klaustrofobiczna i jednocześnie katastrofalnie samotna. Cała scena promieniuje chorą, krwawą czerwienią za szklanym parawanem. Wystąpienie samego dybuka, podczas którego wesele jakby zatrzymuje się w czasie i odbywa się w zwolnionym tempie, jest strasznie intensywne. Należy też pochwalić grę aktorską Andrzeja Chyry, jako pogrążonego w alkoholizmie i wyrzutach wobec samego siebie naukowsca, oraz Magdalenę Cielecką jako pannę młodą, w którą wstępuje okropny duch.

Mimo wszystko, pozostałem z uczuciem, że poza całym horrorem z ambicjami znaczenie tej prostej historii przepadło w tłumaczeniu.