DYBUK PODZIEMNY
Piotr Gruszczyński, TYGODNIK POWSZECHNY
Polscy artyści pracowali bez świateł i akustyki, ale i tak należeli do szczęśliwców, bo innym strajkujący pozamykali dostęp do miejsc, w których miały odbywać się spektakle. W niedzielę wieczorem odbyta się ostatnia w Awinionie próba Dybuka Warlikowskiego.
Odwołanie festiwalu teatralnego w Awinionie przerosło chyba nawet strajkujących nieetatowych pracowników teatrów. „To katastrofa" - oto zdanie, które najczęściej można usłyszeć na ulicach pustoszejącej letniej stolicy europejskiego teatru.
Jedynie część zespołów biorących udział w festiwalu off pokazuje swoje produkcje. Tylko im wolno grać, bo dla nich zarobione w Awinionie pieniądze to „być albo nie być". Roi się więc od głupawych fars i zdarzeń niby-artystycznych. Tymczasem główny festiwal nie może niczego pokazywać, a zatrudnieni przezeń nieetatowi pracownicy czasowi i tak otrzymają należne im wynagrodzenie zagwarantowane przez podpisane umowy. Nic jednak nie zmieni znowelizowanego 27 czerwca, mniej korzystnego dla pracujących dorywczo, prawa o zasiłkach na czas bezrobocia. Lewicowy związek CGT zapowiada walkę do upadłego i grozi kontynuacją strajku nawet do zimy.
Teraz związkowcy pojechali podburzać kolejne festiwale do niekonstruktywnej walki. Tymczasem w dniu, kiedy strajkujący kocią muzyką zagłuszali Traviatę na festiwalu w pobliskim Aixen Provence i doprowadzili do odwołania spektaklu, przewodniczący sekcji teatralnej CGT bawił się w Paryżu na koncercie The Rolling Stones. Czyżby w ten sposób okazywał solidarność ze strajkującymi?
Klaksony budzą lęk
W napiętej atmosferze trwającego strajku Krzysztof Warlikowski przygotowywał się do premiery Dybuka, która miała odbyć się 10 lipca, w dniu, w którym festiwal odwołano. Warlikowski po sukcesie Oczyszczonych jako pierwszy Polak otrzymał zaproszenie do wystawienia wybranego przez siebie tekstu w wybranym przez siebie miejscu. Kilka prób odbyło się normalnie, potem polscy artyści pracowali bez świateł i akustyki, zaliczając się i tak w poczet szczęśliwców, bo niektórym zespołom strajkujący zabronili w ogóle próbować, zamykając przed nimi miejsca, w których miały odbywać się spektakle.
W niedzielę wieczorem odbyła się ostatnia w Awinionie próba Dybuka, mimo że groziło to zerwaniem lub zakłóceniem pracy przez kocią muzykę. Jednak przedstawienie na swoją premierę będzie czekało aż do października, kiedy otworzy festiwal Dialog - Wrocław będący obok Awinionu współproducentem Dybuka. Zagrożenie, niepewność, czy uda się przeprowadzić próbę wywarty szczególny wpływ na ten swoiście podziemny pokaz. W trakcie próby kilka razy zawiodły światła, nieliczni widzowie trwożnie rozglądali się, czy to przypadkiem nie interwencja strajkujących. Nawet klaksony przejeżdżających samochodów (Dybuka pokazywano w plenerze) budziły lęk. Na szczęście próba prawie trzygodzinnego przedstawienia została przeprowadzona do końca. Jednak przecież w tak paranoidalnych warunkach nie da się grać! Ani nawet, jak się okazało, oglądać sztuki.
Metafizyka nieszczęścia
Szkoda, że Dybuk w Awinionie nie miał premiery. Pomijam pracę, która się marnuje, i szansę, jaką dawał festiwal polskim twórcom. Przede wszystkim szkoda, że Dybuk nie zaistniał w przestrzeni, którą wybrał Krzysztof Warlikowski. Szare mury krużgankowego dziedzińca klasztoru Celestynów pokrywa ciemny nalot. Pośrodku rosną platany. Dwa potężne. Może 200-letnie? Uczynione przez Małgorzatę Szczęśniak integralnym elementem scenografii trwały jak wspaniali świadkowie opowiadanej historii żydowskiego świata. Warlikowski połączył tekst Dybuka Szymona Anskiego z opowiadaniem Hanny Krall Dybuk z tomu Dowody na istnienie. Niemal baśniowa opowieść o miłości połączyła się z niewiarygodnym zdarzeniem będącym następstwem Holocaustu, czyli pojawieniem się dybuka zaginionego w getcie warszawskim brata bohatera w ciele młodego mężczyzny mieszkającego współcześnie w USA.
Warlikowski czyni swój spektakl najpoważniejszym, jaki widziałem w teatrze, traktatem o zagładzie narodu żydowskiego. Rozważa też tajemnicę związków między cielesnością i metafizyką, zauważając, że współczesna metafizyka może być już jedynie metafizyką nieszczęścia. Straciliśmy niewinność, a zatem radość, i nie stało się to przypadkiem. Zasłużyliśmy na swój los. Dziwnie się czuję, pisząc tę relację z frontu. Pozostaje czekać na Dybuka w Polsce w nadziei, że obudzi dyskusję, na jaką zasługuje to bardzo poważne reżyserskie zamierzenie. A za Awinion trzymam kciuki, żeby pozbierał się ze strat i deficytu wywołanego strajkiem i w przyszłym roku stał się znowu miejscem zdarzeń i sporów, ale artystycznych.
