CZARNA MAGIA NOCY

Piotr Gruszczyński, TYGODNIK POWSZECHNY

Na afiszu Hamlet, książę Danii, jest nagi. Z muskularnych ramion opada pyszny królewski płaszcz, na głowie potężna korona. Mocno upozowany i silnie wystylizowany, jak z sesji zdjęciowej mody dla któregoś z brytyjskich pism, albo wprost z wybiegu najnowszego pokazu, może Jean-Paul Gautier, a może Vivienne Westwood, nie wiem, to zresztą nieistotne. Hamlet ubrany jest w strój koronacyjny Klaudiusza, którego na scenie nigdy nie włoży. Przymierza coś, przymierza się, tak jak całe przedstawienie przymierza "Hamleta" do współczesnej wrażliwości, z konsekwentną ostentacją, bez kompromisów.

Jak grać "Hamleta"? Jan Kott napisał, że "Hamlet jest jak gąbka, bo wchłania w siebie od razu całą współczesność". Do niedawna jeszcze w Polsce w "Hamlecie" do myślenia był przede wszystkim temat władzy, konflikt tyranii i uzurpacji przeciwstawionej męstwu i szlachetności. Ostatnio wiele się zmieniło - 10 lat temu w spektaklu Wajdy Hamlet był aktorem, a nawet aktorką. Grany w teatralnej garderobie z wąskim prześwitem na scenę dotyczył przede wszystkim kondycji teatru i aktorów, szukających dla siebie nowej misji po tym, co stało się w Polsce w czerwcu 1989. Potem pamiętam dwie chybione realizacje: Andrzeja Domalika w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i Krzysztofa Nazara w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Jeśli nie liczyć pokazywanego u nas litewskiego przedstawienia Nekrošiusa. Niewiele tych prób. Gąbka musi chłonąć współczesność, a my musimy przeglądać się w "Hamlecie". A więc jak go grać? Na pewno nie jak szkolną lekturę, zamieniającą przenikliwy arcydramat w tępą i niepotrzebną piłę, czyli jednak z założeniem, że publiczność zna tekst i bardziej ciekawa jest gry z nim, niż odgrywania go. Na pewno nie jak dramat władzy. Trzeba sięgnąć po to, co w "Hamlecie" egzystencjalne i metafizyczne. Grać na przykład jak historię prywatną uwikłaną w skomplikowany kontredans ról i gry, prywatną, a nie bohaterską. I jeszcze, wbrew modzie na feministyczną reinterpretację świata, w zgodzie z reinterpretacją gejowską. Bardziej o tym, co jest w ludziach, a nie w Polsce do myślenia.

w pełnym świetle

Zaczyna się od zabawy w teatr, od zbudowania świadomości, że wszystko jest grą, a role, które przyjmujemy, nie determinują osób, a nawet postaci scenicznych. Wartownicy w Elsynorze sami obsypują się śniegiem, wyglądają zresztą jak klowni, a nie jak żołnierze. Są aktorami. Gwiazda widniejąca na niebie "po zachodniej stronie" to krótkotrwały błysk sztucznego ognia. Ducha Hamleta nie ma, chociaż się z nim rozmawia. Gdy Hamlet (Jacek Poniedziałek) ma spotkać cień zamordowanego ojca, prowadzi dialog z jednym z aktorów (Cezary Kosiński), który chwilowo wziął na siebie rolę zjawy. Zaczyna się scena dworska, zaślubin i koronacji Klaudiusza (Marek Kalita). Gertruda (Stanisława Celińska) jest znacznie od niego starsza. Gdy zdejmie purpurowy płaszcz pozostanie w białej sukni spulchnionej jak beza, dopasowanej w stanie, bez ramion. Tęga Gertruda wylewa się ze swej sukni. Para królewska przyjmuje hołdy. Pojawia się Hamlet w stroju dworskim z szamerunkami. Ofelia w pysznej różowej sukni. Zaczyna się taniec, dworny menuet. Gertruda odkrywa wszystkie swoje oblicza. Raz jest wulgarną przekupką, chwilę później nabiera groźnej godności królowej, raz troszczy się o syna, by chwilę później drwić z jego słabości, nie gardząc nawet niewybrednymi aluzjami co do skłonności seksualnych Hamleta. Na razie trwa gra, role ujawniają swą potęgę. Wszystko w pełnym świetle.

"Być albo nie być" powie Hamlet aktor (ubrany już w czarne bojówki, czarne skarpetki i wełnianą kamizelkę z różnokolorowymi guzikami), na krześle na środku pola gry, otoczony osobami dramatu, aktorami--widzami. Gra toczy się na podeście ustawionym między dwoma sektorami krzeseł dla publiczności (wzdłuż dłuższych boków sceny) i krzesłami dla uczestników widowiska. Za nimi z jednej strony wielkie zmatowiałe blaszane lustro, z drugiej wrota zamkowej sali. Najprostsza i właściwie idealna przestrzeń gry. Niczego nie ukrywa, nie fałszuje teatralnymi sztuczkami. Wszystko ujawnia, czyniąc relacje między postaciami wyjątkowo bliskimi i intensywnymi, a widzów włączając niemal w sceniczne wydarzenia. Całkowicie umowna przestrzeń sceny jest przestrzenią wielu możliwości, nieograniczonej potencji "Hamleta" podatnego na każdą interpretację. Tu może zdarzyć się każda wersja tekstu. Pole gry pozostaje otwarte.

Pierwsza część przedstawienia, w której gra się role, próbuje wielu ujęć postaci, różnych możliwości erotycznych, bawiąc się tekstem ofiarowanym przez Szekspira, kończy się odegraniem "Zabójstwa Gonzagi". Wędrowni aktorzy przybyli do Elsynoru, zawładnęli całym spektaklem, Hamlet nie musi udzielać im żadnych rad, to oni są przecież władcami w teatrze. Są zresztą w dziwny sposób aktorami kultowymi. Słynny tekst "Okrutny Pyrrus, cały w czarnej zbroi..." Hamlet recytuje najpierw wespół z aktorem przyciskając jego twarz do własnej, a dalej pozwala sobie wykrzyczeć monolog w agresywnej i nienaturalnej bliskości, jakby próbował doprowadzić do zadziałania teatru przez skórę, z połamaniem zasad dystansu i pogwałceniem integralności przestrzeni widza. Nic więc dziwnego, że teatr w teatrze, który się tu wydarzy, musi wreszcie złamać powszechność gry i zabawy rolami. Trzeba, by zdarzyło się coś serio i na pewno. Teatr ujawni swą wielkość, siłę i powagę. Zanim aktorzy odegrają historię otrucia Gonzagi, odbędą rytualną walkę przy wtórze kobiecej pieśni. By stać się "pułapką na myszy" teatr musi uświęcić sam siebie, nadać siłę sprawczą teatralnym gestom. Lepszy z zawodników okaże się też szlachetny i to on odegra właśnie partię otrutego Gonzagi. On też wcześniej przejął rolę ducha starego Hamleta. Kiedy teatralny król kona w śmiertelnych konwulsjach, podbiega do niego Klaudiusz i rzuca się na niego, tak jakby chciał dokończyć dzieła zabijania. Krzyczy "Chodźmy stąd", żąda światła. Teatr rozświetla się cały.

w mroku

Po przerwie jeszcze raz obejrzymy końcówkę widowiska wędrownej aktorskiej trupy. Znów Klaudiusz wtargnie na scenę, znów krzyknie "Chodźmy stąd" i "Światła!". Tym razem jednak wszystko pogrąży się w mroku. Hamlet wypowie swe straszne proroctwo: "Oto się spełnia czarna magia nocy / I z rozdziawionych mogił tchnienie piekła / zieje zarazą na świat". Czarna magia nocy zawładnie postaciami dramatu, okrucieństwo osiągnie kulminację. "Hamlet" stanie się dramatem żądzy, pogardy i nienawiści. Wiemy, że nikt nie zostanie ocalony, że w finale scena usłana będzie trupami, ale nigdy jeszcze nie widziałem "Hamleta" tak nasyconego zbrodniczymi, iście piekielnymi instynktami, nieomal transowego. Źródła zła pozostaną nieujawnione. Nie wiadomo, czy zło wynika z szaleństwa Hamleta (teraz już nie wiadomo, czy udawanego, czy rzeczywistego), czy zbrodniczej skłonności Klaudiusza, który w części drugiej ma wszelkie cechy obłąkanego psychopaty. Zło nabiera wymiaru metafizycznego. Jest jak zły czar, który padł na Elsynor. Wszystko spełnia się z żelazną konsekwencją, trwa czarny sen nocy duńskiej.

Sceny toczą się w ciemnym świetle, niemal na granicy widzenia, aż do finałowego pojedynku Hamleta z Laertesem (Adam Woronowicz). Świat wychodząc z formy pogrążył się w mroku nocy. Nagle wszystko nabiera potwornej intensywności i intymności. Hamlet w sypialni Gertrudy pojawia się całkowicie nagi, z mieczem, którym zabije Poloniusza (Mirosław Zbrojewicz). Ciężki trup Poloniusza legnie między Gertrudą i Hamletem, na zawsze oddzieli syna od matki. Klaudiusz do modlitwy wyjdzie nagi, zawinięty w purpurowy płaszcz. Ale już nie może się modlić, bełkoce tylko w przerażeniu. Wszystkie sceny w drugiej części owładnięte są przez tajemną siłę. Tu tkwi tajemnica Hamleta, w czarnej magii nocy.

Jednocześnie Warlikowski rezygnuje z rozwiązań symbolicznych, chce wyraźnie, by teatr także do umysłów widzów zaczął wdzierać się przez skórę. Czasem nawet za bardzo szarżuje, posuwając się do rozwiązań wulgarnych, pozostając konsekwentnym w unikaniu nieprzekonującego symbolizmu. W scenie z Rosencrantzem i Guildensternem (Maria Seweryn i Jolanta Fraszyńska) Hamlet, przyrównując siebie do fletu, przykłada sobie drewnianą fujarkę do rozporka. W mroku dzieją się zbrodnie i trwają erotyczne pasje. Zło staje się podniecające. Opowiadając Klaudiuszowi o zamordowaniu Poloniusza, Hamlet trzyma rękę w spodniach. Stroje wszystkich bohaterów stają się współczesne. Gertruda zaczyna chodzić w krótkiej czarnej sukni, przygotowuje się do przywdziania pełnej żałoby na pogrzeb Ofelii, gdzie pojawi się w krótkim czarnym płaszczu i czarnej chustce związanej pod brodą. Wygląda zwyczajnie. Ofelia też już dawno przestała nosić rozwianą tańcem różową suknię balową. Właściwie zdarł ją z niej Hamlet, dopuszczając się brutalnego gwałtu. Ofelia śpiewa swe szalone piosenki przygrywając na akordeonie. Nie utonie. Na naszych oczach upadnie na twarz i znieruchomieje wsparta na akordeonie. Umarła i leży jak lalka, sponiewierana, zhańbiona, niegodna.

Wcześniej doszło też do radykalnego odrzucenia wątku politycznego. Nadchodzą wojska Fortynbrasa, idące na Polskę. Znów opowiada o nich aktor, przygrywając na akordeonie drwi z niepojętej waleczności Polaków gotowych ginąć za skrawek marnej ziemi. W prywatnej historii Hamleta nie ma miejsca na konflikt władzy. Zło, które zawładnęło światem nie ma podłoża racjonalnego, nie wynika z rozgrywek politycznych. Scena z grabarzami oddaje przedstawienie na chwilę we władanie groteski. Rozmowa wesołych pracowników śmierci komentuje ostro opowieść o śmierci Ofelii. Pośrodku podestu Gertruda, Klaudiusz i Laertes: "Twoja siostra utonęła". Z boku na krzesłach aktorzy - grabarze. "Dobre, nie powiem, masz poczucie humoru". Po pogrzebie Ofelii czas na pojedynek Hamleta z Laertesem. Nie będzie żadnej efektownej szermierki, sceny "płaszcza i szpady". Mężczyźni walczą wielkimi mieczami, zdumieni ich ciężarem, siłą i potęgą, brzmieniem poważnym jak bicie dzwonu. Gertruda otruta winem nie będzie wiła się w śmiertelnych konwulsjach. Pozostanie na krześle, z którego obserwowała pojedynek, nie przestanie się wachlować. Spektakl pogrąża się w katatonii, w śmiertelnym niewyjaśnionym odrętwieniu.

*

Interpretacja "Hamleta" zaproponowana przez Krzysztofa Warlikowskiego opiera się na dwóch zasadach: zatarcia ról życiowych, społecznych, erotycznych, odwiecznych podziałów i wynikającym z tego otwarciem wszelkich możliwości oraz zagarnięcia losów bohaterów przez to, co ciemne i nieracjonalne, czarną magię nocy. Tekst Szekspira nie zawsze dobrze to znosi. Niektóre postaci tracą rację bytu, na przykład z powodu homoseksualnego rozłożenia akcentów. Nie wiadomo, kim w tym spektaklu jest Ofelia, Horacjo traci swą szlachetność i przestaje być Hamletową arką przymierza. Ale mimo to, spektakl pozostaje mocnym i wspaniałym przeżyciem, teatralną transgresją na stronę niewiadomego. Krótka recenzja nie wyczerpuje jego bogactwa i urody, nie może zmierzyć się z jego wszystkimi zagadkami, ani oddać należnie cudowności muzyki Pawła Mykietyna, pięknych kostiumów Małgorzaty Szczęśniak, wspaniałej gry Stanisławy Celińskiej, Marka Kality, determinacji Jacka Poniedziałka czy wreszcie barwności postaci tworzonych przez Cezarego Kosińskiego.

Nie pokona też bezmiaru głupoty i złej woli, którą wykazali gazetowi recenzenci tego przedstawienia. Pamiętacie demonicznego kucharza z "Festen" - filmu Dogmy opartego na schemacie "Hamleta"? I kuchnię, z której manipuluje się fatalnym przebiegiem akcji? A parę pomywaczy z zespołem Downa, którzy w "Królestwie" Larsa von Triera znają tajemnice potwornych wydarzeń? U Warlikowskiego też pewnie jest gdzieś taka kuchnia, miejsce niskiej rangi, gdzie znają tajemnicę zdarzeń "Hamleta". Tyle tylko, że nikt nie ma do niej dostępu, nawet reżyser. Nie możemy wejść za kulisy zdarzeń. Nie poznamy odpowiedzi na ostatnie pytanie spektaklu zadane przez Hamleta "Co mnie skłoniło?" Nie pojawi się Fortynbras. Nie będzie żadnego dalszego ciągu. Historia Hamleta kończy się wraz z nim. Zło jest immanentne, nieracjonalne, niewyjaśnione, metafizyczne. O tym także jest dziś w Polsce do myślenia.