CHORA NA MIŁOŚĆ
Ewa Obrębowska-Piasecka, GAZETA WYBORCZA-POZNAŃ
"4.48 Psychosis" to ostatni tekst angielskiej dramatopisarki Sarah Kane, napisany tuż przed jej samobójczą śmiercią. Wieloznaczny, poszarpany, pełen zaprzeczeń, formalnych zabiegów. Zdecydowanie bardziej poemat niż teatralna sztuka. Niektórzy traktują go jako testament autorki. Inni polemizują z takim stwierdzeniem. Jedni sadzą, że to po prostu "zapis choroby". Inni widzą w nim przede wszystkim talent pisarki, zwracają uwagę na językową precyzję.
To trudny tekst. Bardzo sugestywny. Wsysa czytelnika i wypluwa go. Wzrusza, by za chwilę spowodować dystans. Sprawia, że chcemy rwać się do pomocy - a jednocześnie sam zatrzymuje nas w pół korku; bezradnych, pełnych rozpaczy i beznadziei. Wywołuje stany przerażająco podobne do tych, które towarzyszą chorobie lub kontaktowi z chorym. Równie łatwo temu ulec, jak odgrodzić się od niego ochronnym murem. Ale nawet zza tego muru słychać wołanie o miłość.
- Gdybym miał pełną wolność, ten spektakl składałby się z milczenia w ciemności i krzyku w kaskadzie świateł - wyznał przed premierą Grzegorz Jarzyna. Nie wybrał wolności. I słusznie. Sarah Kane zastawiła nam słowa.
Najważniejszą, najbardziej niezwykła i porażającą postacią jest na scenie Magdalena Cielecka, grająca tu główną rolę: rolę pogrążonej w depresji pacjentki szpitala psychiatrycznego, która prostą drogą zmierza do samobójstwa. To, co mówi, jak mówi, jej sposób poruszania, patrzenia, jej silna obecność i wiarygodność wystarczyłyby za cały spektakl. I szkoda, że nie powstał monodram z jej udziałem na dużej scenie - myślę, że byłaby to najuczciwsza i najpełniejsza forma wyrażenia prawdy o Kane. Wszak dramat odbywał się w jej głowie.
Tymczasem mamy spektakl z udziałem innych aktorów. Poezja Sarah Kane ma się w nim skonkretyzować za pomocą kolejnych scen, dialogów, teatralnych sytuacji. Ta konkretyzacja budzi mój opór. Sprawia na mnie wrażenie nieprzemyślanej, pospiesznej, niespójnej, przypadkowej. Pozostałe osoby dramatu są sztuczne, drewniane, zastygłe w jakichś dziwnych pozach lub przesadnie histeryczne. Można pokusić się o usprawiedliwiającą ten stan rzeczy interpretację, która zakładałaby, że tak widzi świat bohaterka Sarah Kane. Ale to tylko rodzaj pojemnego worka.
Są w spektaklu jeszcze sceny wizyjne: bohaterka w kaskadzie cyfr; dwie kobiece postacie - stara i młoda - zastygłe w bezruchu; kobieta i dziewczynka balansujące na granicy dźwięku, który rozciąga się w bezkresie... Niektóre z nich zdają się być drogą do spotkania z Sarah Kane. Spotkania w takim miejscu, w którym nie byłoby już żadnych racji, przekonań, wymagań, przyzwyczajeń, uprzedzeń, uwikłań, obaw, lęków, bólu, cierpienia, rozpaczy, krzyku, niecierpliwości, gniewu, diagnoz, recept i lekarstw... Spotkania u kresu świata, gdzie możliwa byłaby miłość, jakiej chciała: nieskończona...
Ona w tej sprawie umarła.
My możemy w tej sprawie żyć.
