Dorota Masłowska MIĘDZY NAMI DOBRZE JEST
reż.:Grzegorz Jarzyna
premiera:2009-03-26
Być – albo być Polakiem
Christiane Kühl, DIE TAGESZEITUNG
Dorota Masłowska sprzedaje w Polsce prawie tyle książek co Karol Wojtyła. W Między nami dobrze jest w berlińskiej Schaubühne ironicznie objaśnia autowizerunek Polaków.
Na początku była Polska i wszystko należało do Polski, a to, co do niej nie należało, było przyjaźnie witane. Można zatem założyć, że to nie Bóg, ale papież (oczywiście poprzedni) odpowiadał za akt stworzenia. Jednak potem odebrano Polsce najpierw Amerykę, Afrykę, Azję i Australię, później także Anglię, Włochy, a na końcu nawet Niemcy. Odtąd wszędzie mówi się w obcych językach, nawet w Watykanie. Tylko w Polsce mówi się po polsku, żeby Polacy czuli się jak ostatnie szmaty. I to działa.
Drogę narodu polskiego od łaski Boga do niewyrażalnego braku znaczenia opisuje „Mała Metalowa Dziewczynka” w sztuce Doroty Masłowskiej Między nami dobrze jest. Ta historia dekompozycji stanowi przy tym coś w rodzaju filogenezy, która powtarza się w ontogenezie, czyli w życiu każdej jednostki. Doświadczenie utraty jest uwewnętrznione do tego stopnia, że komunikacja w życiu codziennym całkowicie opiera się na pominięciach. Wszystko jedno, czy matka wysyła Małą Metalową Dziewczynkę do jej „braku pokoju”, czy marzy o tym, by na urlop, którego nie będzie miała, nie pojechać nigdzie – bohaterowie umościli się w braku.
Ale nie ma tu rozczulania się nad sobą. Przecież cała ta sytuacja, jeśli konsekwentnie doprowadzić rozumowanie do końca, ma też swoje zalety. „Wiele zawdzięczam nieistnieniu i niebyciu” – promienieje jasnowłosa gwiazda filmowa. – „Z jednej strony jestem nikim, ale z drugiej na przykład nie jestem Polką”. Dorota Masłowska jest Polką i w żadnym razie nie jest nikim, co dobrze można odczytać w jej faktycznej relacji z katolicyzmem: debiutancka powieść urodzonej w 1983 roku pisarki Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną była w 2002 roku w jej ojczyźnie najlepiej sprzedającą się pozycją po książce papieża. Za swoją drugą powieść pt. Paw królowej otrzymała w 2005 roku najważniejszą polską nagrodę literacką. Tak jak jej pierwsza sztuka teatralna Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku obie powieści w drastycznym, nasyconym przekleństwami i stereotypami języku mówią o nowej generacji, która reaguje na neoliberalizm głównie konsumpcją narkotyków.
Między nami dobrze jest Masłowska napisała na zamówienie berlińskiej Schaubühne. W czwartek [26.03.2009] w ramach trwającego festiwalu poświęconego historii i tożsamości „digging deep and getting dirty” zaprezentowano tam prapremierę sztuki – produkcję TR Warszawa w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Urodzony w 1968 roku Jarzyna sam należy raczej do pokolenia postkomunistycznego, jednak zdecydował się nieco wyciszyć sztukę. Zaczyna się to od tego, że na scenie widzimy przejrzystą, w większej części pustą przestrzeń, zamiast, jak zapisane to jest w didaskaliach, całkowicie zagraconego pokoju. Rekwizyty są bardzo oszczędne lub też pojawiają się po prostu jako rysunki szkicowane paroma kreskami na ekranie wideo. Pełnia rodzi się z języka, z dialogów Masłowskiej, wypełnionych wściekłymi grami słownymi i kalkami stereotypów, a zarazem nieustannie budzących skojarzenia i zaskakująco komicznych.
Zamiast narkotyków wciąż powracającym punktem odniesienia tych słownych kaskad jest druga wojna światowa. Babcia zachwyca się czasami przed jej wybuchem, matka nie może już tego słuchać, a Metalowa Dziewczynka pojąć („babcia nigdy nie jechała na żaden obóz kondycyjny!”). Czas po wojnie to jeden – oczywiście ohydny – sos: socjalizm nie jest tu wspomniany ani jednym słowem, jednak realnie istniejący kapitalizm w opisie młodej autorki sprawia dokładnie takie samo wrażenie. Mieszkania są za małe, leczo rozcieńczone, a życie to nic więcej jak źle opłacana praca. Jeśli człowiek ma szczęście, w koszu z makulaturą znajdzie czasopismo sprzed roku i może się dziwić, czego to nie mógł sobie kupić.
W znacznej części brzmi to niczym radio Erewań. A jednak spektaklowi udaje się wprowadzić publiczność, niejako cofając się śladami historii, w psychikę wypalonego narodu. Od czasu bombardowania Warszawy Polacy najwyraźniej niczym zombi kuśtykają po Europie. Masłowska opisuje tę sytuację z zaangażowanym cynizmem: wyjściem z aktualnej stagnacji byłby tylko przeszczep całego ciała do czwartego pokolenia wstecz, a przede wszystkim zmiana miejsca urodzenia. Urodzeni po wojnie marzą więc, że do Polski przyjeżdżają wyłącznie po dobre bio-ziemniaki, a polskiego nauczyli się z kaset swojej sprzątaczki.