Bóg stworzył Adama
Katarzyna Meissner, TEATRAKCJE
Znane są w kulturze dzieła, które nazywa się powieściami z kluczem. Zazwyczaj stanowią fascynującą przygodę, pozwalają czytelnikowi na odnajdywanie poukrywanych przez pisarza tropów, symboli, odwołań do kultury, historii. Podobnie skonstruowane hybrydy intelektualne można znaleźć także w kinie, malarstwie, muzyce. W teatrze też, oczywiście. Chociażby u Jerzego Grzegorzewskiego, którego teatr jak chyba żaden wymagał od widza skupienia i niebanalnej formacji umysłowej.
Wydaje się, że najnowszy spektakl Natalii Korczakowskiej właśnie do takiej tradycji kulturowej się odwołuje. Synteza filozofii, literatury, myśli społecznej i zjawisk politycznych, niuanse zahaczające o inne dzieła sztuki - w spektaklu "Solaris. Raport" znajdujemy to wszystko. Brakuje tylko jednego - Solaris...
W rozmowach toczących się w otoczeniu zbyt dosłownej scenografii pobrzmiewa ton znany z seriali. Brak w nich jakiejś nawet podstawowej metafizyki. A przecież powieść Stanisława Lema jest opowieścią wielopoziomową, której nie da się odczytać jedynie na poziomie literalnym. Nawet jeżeli abstrahuje się od interpretacji zakładającej, że "Solaris" jest w istocie opowieścią o Bogu, pozostaje cały czas rozważaniem o duchu. Tymczasem tego właśnie Natalia Korczakowska nie poruszyła.
Cezary Kosiński przesuwa swoje ciało z punktu w punkt. Nie czuć u niego zaniepokojenia. Bardziej irytację, a może po prostu zwykłe wkurzenie na wszechobecny na stacji marazm. Chciałby przyjechać, naprawić i wyjechać. A tymczasem nie umie przede wszystkim zdiagnozować zastanej sytuacji. Co gorsza - widzowie wcale jakoś nie są zainteresowani jego poszukiwaniami sensu w kosmicznym wymiarze. Być może dlatego, że rodzi się u nich poczucie wyzucia Lemowskiej historii z jakiejkolwiek prawdziwej tajemnicy.
Bo atrap sekretów jest multum! Siedzi człowiek na tej widowni, patrzy i nie rozumie. Przede wszystkim - dlaczego Natalia Korczakowska chciała by pierwszą reakcją widzów był śmiech. Bo to właśnie rodzi w oglądających pojawienie się na scenie Cezarego Kosińskiego w kombinezonie kosmonauty, ze wszystkimi rurkami, zbędnymi lub nie, z przeźroczystą kulą na głowie. Parsknięcie może być jedyną odpowiedzią człowieka zaczynającego odczuwać niedogodności teerowskich krzesełek.
Z pewnością w zbudowaniu napięcia nie pomaga Korczakowskiej wspomniana już scenografia. Co w zasadzie jest z nią nie tak? Może tyle, że jej wymyślność przykuwa uwagę do formy bardziej, niż do treści. W dodatku jest zupełnie nie kompatybilna z aktorami. Kiedy bohaterowie się snują, ściany z plexi zaczynają świecić, jakieś kontrolki niepokojąco się jarzyć. I nie wywołuje to u nich żadnej reakcji. Tymczasem co wzbudza pierwszy niepokój powieściowego Krisa? Wyczuwalna obecność czegoś niepokojącego w otoczeniu, fakt, że nie umie rozgryźć w jakim stanie faktycznie znajduje się stacja.
Długie fragmenty powieści pisarz poświęca na opisywanie zachowań oceanu. Gdzie tutaj mamy ocean? Zupełnie i absolutnie nigdzie. Może przemyka się w tekstach, ale brakuje go w warstwie wizualnej, która zapełniona jest hi-techiem. Gdzieś tam, w tle, może coś przypomina ocean. Ale nawet nie przykuwa uwagi bohaterów, nie wspominając zupełnie o tym, że powinien być przyczyną ich obsesji.
Powyższe akapity nie napawają optymizmem. Może powinnam zatem wspomnieć o tym, co w spektaklu Korczakowskiej godne jest spędzenia tam jednego wieczoru. Warto go zobaczyć przede wszystkim dla aktorów. To, co robi na scenie Adam Woronowicz, można nazwać poematem na cześć aktorstwa. Kradnie spektakl melodramatycznym dialogom Harey i Krisa kiedy na drugim planie boksuje się z tajemniczym cielskiem w pokrowcu na ubrania. Jest w nim tyle napięcia i energii, że nawet kiedy bezczynnie siedzi w fotelu - przykuwa uwagę. Świetnym partnerem jest dla niego Sebastian Pawlak - Z początku obserwujemy go jedynie na ekranach przez które komunikuje się z resztą załogi odcięty w swoim laboratorium, zamknięty z koszmarem i uwodzicielstwem swojego własnego umysłu. Obaj balansują pojawiając się w przesmykach, a kiedy stają wraz z Kosińskim na wprost widowni i zaczynają epatować teoretycznymi wywodami - zaczyna się bajka. Znowu najwięcej wygrywa Woronowicz, ale wszyscy trzej w tej chwili - najwyraźniej czując w końcu scenę, rywalizując o względy publiczności - wszyscy trzej grają po prostu pięknie. Ze smakiem, z ironią, z dystanem i przekorą. Dla tych kilku, może kilkunastu minut warto pójść na "Solaris. Raport", by nacieszyć oko aktorstwem. Dla zaspokojenia ducha najlepiej przeczytać po prostu Lema - Korczakowska zrejterowała od metafizyki.
