BLOKOWY KONCENTRAT
Piotr Gruszczyński, TYGODNIK POWSZECHNY
Blokersi są teraz modni. Jako temat i jako narzędzie budzenia moralnego niepokoju. Sami wypowiadają się w muzyce i w tańcu. Nie słyszałem jeszcze o teatrze przez nich robionym. Może jest. Tymczasem w teatrze powstał spektakl o ludziach z wielkomiejskiego blokowiska.
Co jednak ważne, nikt nie próbuje w nim przemawiać w imieniu blokersów, brać ich w obronę ani też podszywać się pod nich. Przedstawienie Howie i Rookie Lee w warszawskich Rozmaitościach nie korzysta z mody na blokersów i nie próbuje wzruszać widzów ich nędznym i szlachetnym życiem. Raczej używa tematu do sprawdzenia, czy język teatru jest w stanie wypowiedzieć wszystko, co pomyśli społeczna rzeczywistość.
Na widownię małej sceny Rozmaitości wchodzi się przez kuchnię. Ciasną, z typowymi mebelkami rodem z peerelu, pieczołowicie, realistycznie wypełnioną kuchennymi przedmiotami. Naczynia, narzędzia, garnek na kuchence, tłusta kiełbasa na talerzu. Przez chwilę nieomal czuć duszny zapach podłego jedzenia. Mały stół, daleki od idei rodzinnego stołu. Przez kuchnię wychodzimy na klatkę schodową. Tu ustawiono krzesła dla widzów. Tu, na klatce, toczy się życie bohaterów: Howiego i Rookiego. Ściany obwieszone są skrzynkami na listy. W głębi dwoje drzwi do mieszkań, pod ścianą miseczki z mlekiem dla kotów. Żelazne poręcze obciągnięte zielonym plastikiem, za brudnymi oknami bloku pień drzewa. Na środku sceny szyb zsypu na śmieci. Oto swoisty blokowy koncentrat. Siedzimy gdzieś między zsypem i stertą wyrzuconych kartonów. Jesteśmy w bloku, czyli wszędzie, bo przecież większa część Polski nadal jest blokiem, rozpadającym się peerelowskim standardem.
Spektakl zaczyna się od rodzinnej awantury, dobiegającej zza zamkniętych drzwi. Jak to w bloku, na klatce schodowej wszystko wyraźnie słychać. Awantura jest wulgarna, pijacka. Matka kłóci się z synem. Za chwilę ich zobaczymy. Matka (Maria Maj) i Ojciec (Waldemar Obłoza) okupują kuchnię. Matka, mimo pięćdziesiątki, ubrana jak nastolatka odwiedzająca szmateksy, z tanią dyskotekową elegancją. Co chwilę popada w katatonię. Ojciec mocny i sfrustrowany, karzący i przegrany. Rodzice w kuchni przywodzą na myśl obrazy Modzelewskiego, malarstwo grupy Ładnie. W całkowitej realności powstaje coś bardzo tajemniczego: oto codzienność, w której rodzi się przemoc i zło.
Howie (Maciej Wojdyła) ucieka z domu, gardzi swoimi rodzicami, nienawidzi ich za brak życiowego sukcesu. Jest dresiarzem i pakerem, tłucze bokserski worek treningowy, by rozładować agresję. Wulgarny tak samo jak jego matka. Zajmuje się głównie bójkami, ustalaniem frakcji wśród kolegów blokersów. Domyślamy się, że pewnie ma swój honor i szlachetne serce, ale spektakl w najmniejszym stopniu nie stara się budzić w nas żadnych sentymentalnych odczuć. Spotkanie z Howiem kończy wiadomość o śmierci jego młodszego brata, który pozostawiony bez opieki zginął pod kołami samochodu.
Na scenę wkracza Rookie (Redbad Klynstra). Jest alter ego Howiego. Ubrany z prymitywną elegancją osiedlowego playboya (połyskliwa koszula zbyt ciasna, rozłazi się na brzuchu). Rozedrgany, bez przerwy w ruchu, król życia i używania. Też bierze udział w bójkach, tyle że najczęściej jest ich ofiarą. Do domu wracają rodzice Howiego, w żałobie, niosą siatki z Hita i doniczki z chryzantemami. Zaczyna się opowieść z punktu widzenia Rookiego, nieprawdopodobnie śmieszna, przypomina dialogi bandytów z Pulp Fiction. Rookie jest w tarapatach. Finansowych i zdrowotnych (świerzb?). Demistyfikuje grozę świata przestępczego, drwi ze wszystkiego, ale jednak boi się. Jego immunologia twardziela rozpada się. Rookie staje się tchórzem podszyty, może nawet budzić sympatię widzów (ale po co? Mamy pozostać zimni, a nie wzruszeni). Opowie o bójce, w której Howie uratował mu skórę, tracąc życie. Rookie pójdzie zawiadomić rodziców o śmierci ich drugiego syna.
Howie i Rookie Lee Marka O’Rowe wyreżyserował w Rozmaitościach Artur Urbański, znany już jako reżyser filmu Bellissima. Z dość banalnego tekstu o niewygodnej dla teatru strukturze, bo w gruncie rzeczy sztuka jest dwoma sklejonymi monodramami, zrobił niezwykle interesujące przedstawienie, skromnie, po cichu, na boku, na małej scenie Rozmaitości. Przedstawienie, które stanowi kolejny krok w tym, co można nazwać tworzeniem oblicza artystycznego Rozmaitości. Bo, proszę zwrócić uwagę, do tego teatru nie chodzi się już tylko na poszczególne przedstawienia, ale chodzi się do Rozmaitości. Teatru Jarzyny i Warlikowskiego, teatru młodych reżyserów i młodej publiczności, teatru artystycznego. Repertuar tego teatru układa się w logiczną całość i określa styl. Co więc stało się w spektaklu Urbańskiego?
Tekst O’Rowe’a nie otwiera się poetycko, nie szybuje nigdzie ponad realistyczną historię dwóch młodych mężczyzn. Świetnie pokazuje ich osamotnienie i bezradność wobec tego, co nazywa się życiem i codziennością. Jednocześnie jednak staje się fantastyczną drwiną czy nawet parodią źle pojmowanej i źle wystawianej dramaturgii tak zwanych „brutalistów”. Zatrzymanie się na poziomie słów „powszechnie uważanych za wulgarne” prowadzi teatr donikąd. Tak samo ślepą uliczką jest fizjologia potraktowana z życiowym umiarem i pojawiającym się wówczas automatycznie pruderyjnym zawstydzeniem. Jeśli tak wystawia się Sarah Kane, epatując publiczność brutalnością opisanych zdarzeń zamiast poetycką siłą jej tekstów, nie może z tego wyniknąć nic ponad tani skandal i trywialne oburzenie. Urbański świetnie pokazuje, gdzie leży siła teatru, tworząc w swoim przedstawieniu szczeliny, poprzez które do rzeczywistości dramatu wnika rozpacz świata w nim opisywanego, ale nieopisanego. W jakimś sensie to przedstawienie jest żartem z najnowszej konwencji teatralnej, którą nazwałbym pseudorealizmem brutalnym. Otwiera drogę dla teatru, który chce przekroczenia, transgresji, chce pojmać zło w sferze poetyckiej, pojmać, dotknąć i przeżyć, w wędrówce do granic transcendencji.
Nie wiem, czy blokersi będą mieli swój teatr, nie wiem, czy staną się bohaterami sztuk i naszej wyobraźni. Przeniesienie sztuki O’Rowe’a w polskie realia w pełni się sprawdziło. Zresztą, co to za polskość, bloki są wszędzie takie same, nieopisana przestrzeń agresji i depresji. Jednak nie aktualność bardzo dobrego spektaklu Urbańskiego jest jego siłą, ale w pełni kontrolowany, ironiczny dystans do tego, co aktualne. Wyobrażam sobie, jak glątwiasto i ckliwie można by to wszystko w teatrze opowiedzieć, co najwyżej na poziomie jakichś rozmów w toku czy innej sprawy dla reportera. Czyli po staremu i na ciepło. Zdecydowanie wolę zimny wychów widzów zaproponowany przez Urbańskiego.
