4.48 Psychosis - wizualna poezja

Bob Henderson, PINK PAPER MAGAZINE

Ocena: *****

„To list pożegnalny samobójcy!”, jak z zapałem oświadczyli hałaśliwi studenci siedzący koło mnie na spektaklu. To rzeczywiście najbardziej oczywiste stwierdzenie, biorąc pod uwagę fakt, że to ostatnia sztuka Sary Kane, napisana niedługo przed tym, jak popełniła samobójstwo. Z pewnością nie ma tu nic z „Legalnej blondynki”.

Największym dokonaniem spektaklu jest to, że tka spójną autobiograficzną narrację z niepokornego tekstu, który uparcie wzbrania się przed wystawieniem na scenie (i gdyby nie ostatnia kwestia, której nie zdradzę, może lepiej, żeby ten tekst został na papierze).

Z uwagi na autobiograficzny charakter inscenizacji, dostajemy pełne czułości i współczucia sceny z życia pary lesbijek, próbujące uchwycić fizyczną bliskość między dwojgiem ludzi niezależnie od płci. Co zresztą jest tym bardziej bolesne, kiedy ostatecznie tajemnica wychodzi na jaw, a główna bohaterka jest pozostawiona sama sobie i może szukać pomocy jedynie w medycynie.

Ten misterny spektakl zręcznie unika pobłażliwości, której nie brak zwykle w dziełach Kane. Nie ma tu infantylnych pisków złości, a wprowadzenie na scenę zarówno młodych, jak i starszych aktorów pozwala sztuce wyjść poza ramy pojedynczej historii pewnej schorowanej kobiety oraz przydaje tekstowi wizualnej poezji.

4.48 Psychosis napełnia widzów przeraźliwym smutkiem do tego stopnia, że nawet wrzucenie się pod pociąg metra w drodze do domu wydaje się bez sensu. Nie wiem, czy Kane doceniłaby ironię w nazwaniu tego teatru „afirmującym życie”, ale z pewnością spektakl ten przypomina, że życie i teatr mogą tak dać w kość, że uwolnią emocje.