4.48 Psychosis w Barbican Theatre
Dominic Cavendish, THE DAILY TELEGRAPH
Ocena: ****
Niezwykle przygnębiająca polska inscenizacja „4.48 Psychosis” Sary Kane w wykonaniu TR Warszawa.
Ostatnia sztuka Sary Kane, ta o samobójstwie, powróciła na sceny, bo domagała się tego publiczność. Naprawdę! Spektakl TR Warszawa, grany po polsku z angielskimi napisami, podbił widzów na festiwalu w Edynburgu w 2008 roku, a teraz przyjeżdża do Barbican Theatre w ramach „Polska! Year”, przedsięwzięcia kulturalnego, które ma przypomnieć Brytyjczykom, że Polska to nie tylko naród hydraulików.
Przedstawienie będzie grane tylko przez tydzień, ale z powodzeniem mogłoby być na afiszu przez cały rok. Nie tylko zbuntowane nastolatki identyfikują się ze wstrząsającymi tekstami Kane, z historią jej zbyt krótkiego życia oraz z tą sztuką. Surowość, drastyczność i nieszczęście przyciągają do teatralnych kas jak magnes.
Proszę mi wybaczyć cynizm, ale nie potrafię inaczej. Choćbym nie wiem jak się starał mówić poważnie o „4.48 Psychosis” lub próbował połączyć ze sobą rozbryzgane myśli Kane, sztuka wymyka się adekwatnym opisom. Oglądanie spektaklu jest jak zatrzaśnięcie się w lodówce: może i ostatecznie wyjdzie się oczyszczonym, ale także całkowicie odrętwiałym, znieczulonym i wdzięcznym, że to już koniec. Doświadczenie to nasuwa tak czarne, tak prywatne myśli, że podzielenie się nimi z kimkolwiek grozi zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym.
Ponieważ Kane, która powiesiła się w 1999 roku, nie zostawiła żadnych wskazówek scenicznych, można zrobić z tym tekstem wszystko. W lipcu zeszłego roku teatr Young Vic wystawił tę sztukę jako monodram rumuńskiej aktorki. Tutaj natomiast Grzegorz Jarzyna porąbał tekst jak kawał mięsa. Trochę powyrzucał, trochę poprzestawiał i podzielił na krótkie sceny, a kwestie rozłożył na pięcioro aktorów, rozjaśniając tym samym skomplikowane relacje głównej bohaterki. Ta, grana przez piękną blondynkę Magdalenę Cielecką, balansuje między ekstremalnymi stanami ducha: wycofaniem i mściwą namiętnością. W odpowiedzi spotyka się z obojętnością i irytacją partnera, z przepełnioną okrucieństwem miłością kochanki i z lodowatą władczością lekarzy.
Scenografia z rzędem umywalek z tyłu, przedzielona przezroczystą ścianą nie jest niczym niezwykłym, a jednak na scenie wciąż dzieją się rzeczy niesamowite. Mała dziewczynka pełza wokół Cieleckiej, usiłując ocucić ją po przedawkowaniu. Półnaga starsza kobieta idzie ku nam chwiejnym krokiem niczym widmo. Jest tym, kim stanie się kiedyś młoda bohaterka. W pewnym momencie Cielecka, jedynie w bieliźnie, kilkakrotnie uderza w metalową ścianę, za każdym razem coraz bardziej umazana własną krwią. Na papierze wydaje się to niedorzeczne. Ale wierzcie mi, z bliska jest przerażające.
