Grzegorz Jarzyna – człowiek niewielu słów

Tom Hunt, THE DOMINION POST

Reżyser Grzegorz Jarzyna przechadza się po holu Wellington’s Quality Inn. W modnych dżinsach, czerwonej kowbojskiej koszuli i z kozią bródką od razu wyróżnia się spośród tłumu biznesowych garniturów. Jest niemal wzorem wyluzowanego artysty. Nie ma wątpliwości, że to właśnie on przyjechał tutaj, by mówić o swoim przedstawieniu „T.E.O.R.E.M.A.T” pokazywanym w ramach New Zealand International Arts Festival.

Zamawia mocne espresso i zamyśla się chwilę zanim zacznie wyjaśniać, o czym jest jego przedstawienie i jak powstało.

Jarzyna urodził się w 1968 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy włoski reżyser i pisarz Pier Paolo Pasolini nakręcił swój głośny film „Teoremat”: opowieść o dziwnym nieznajomym, który uwodzi członków pewnej zamożnej rodziny, po czym odjeżdża, zostawiając ich w chaosie. Jarzyna pamięta, jak oglądał ten film, kiedy jeszcze był studentem, ale tak naprawdę odkrył go dopiero dzięki przyjacielowi jakieś trzy lata temu. „Na początku osłupiałem ze zdumienia, bo przez pierwsze 20 minut filmu nie miałem pojęcia, co się dzieje. Nie mogłem zrekonstruować historii. Ten film był świeży i nieprzewidywalny”.

Cały film składał się zaledwie z 923 słów, a „T.E.O.R.E.M.A.T.” Jarzyny poszedł nawet dalej: prawie całkowicie pozbył się dialogów, a te kilka słów, które zostały, pada w języku polskim.

Odkrycie „Teorematu” zapoczątkowało fascynację Jarzyny Pasolinim aż po jego wiersze i powieści. „Okazał się prawdziwym artystą, takim, jakich dziś już nie ma. To artystyczne dinozaury. My [młodzi artyści] jesteśmy już częścią systemu, wszyscy czerpiemy zyski... A czego on się dotknął, zamieniało się w namiętność, czystą namiętność”.

Zainspirowany filmem i studiami nad Pasolinim, Jarzyna podjął się adaptacji scenicznej.
Jego zdaniem, zarówno w filmie, jak i w spektaklu najważniejsze jest to, że poprzez pojedynczą rodzinę pokazuje się całe społeczeństwo. „Ten pomysł wydał mi się bardzo interesujący” – mówi artysta. U podstaw tego społeczeństwa leży pogłębiający się od ponad 20 lat konsumpcjonizm, celem reżysera było zatem zbadanie, jak zjawisko to wpływa na mniej stabilne i materialne pojęcie rodziny.

„To przedstawienie nie ma wywołać ani śmiechu, ani płaczu. Ma pobudzić do refleksji” – mówi Jarzyna. „Nasz zespół chciał stworzyć intensywne, głębokie obrazy. Nie ma zbyt dużo ruchu, ani zbyt wielu słów i zwrotów akcji. Chciałem dać widzom szansę na zadumę”.

Zdaniem Jarzyny, to refleksyjne spojrzenie na wpływy konsumpcjonizmu na rodzinę świetnie zgrało się z sytuacją w Los Angeles, gdzie ostatnio pokazywano spektakl. Jest to bowiem miasto, gdzie wszystko można kupić, lecz jednocześnie zanikają więzy rodzinne.

Najbardziej niesamowite dla Jarzyny jest to, że Pasolini, zamordowany przecież w 1975 roku, potrafił z niemal proroczą precyzją przewidzieć przemiany społeczeństwa. „Wydaje się, jakby przeniósł się do przyszłości i opisał to, co zobaczył”.

Lissa Twomey, dyrektor artystyczny festiwalu, z niecierpliwością czeka na pokaz spektaklu i zapowiada je jako „najgoręcej dyskutowany spektakl festiwalu”. „Znakomicie wyreżyserowane i niezapomnianie piękne, pozostanie w myślach widzów jeszcze na długo po zakończeniu festiwalu”.